niedziela, 19 sierpnia 2018

Rzućmy okiem na taniec

     Blog de facto jest poświęcony schorzeniom kręgosłupa i dlatego dzisiaj miało być wyłącznie o terapii tańcem, ale wstrzymam się jeszcze z pląsami, żeby Wam donieść wieści z SORu. Byłam, widziałam, bo kto bogatemu zabroni.
     Odpokutowałam w tym przybytku cztery godziny mojego żywota w potencjalnie najpiękniejszym czasie, jakim jest piątkowy wieczór, a piątkowe wieczory spędzam zwyczajowo w moim ogródku, bo pachnie tu lawendą i dmucha sierpniowym chłodem w grzywkę. Piątek, kiedy sam był jeszcze młody, jakoś krzywo mi w tę grzywkę dmuchnął, albo właśnie jadł kruche ciasteczka (chyba jedno i drugie równocześnie), bo moja niebieska gałka oczna oblała się szkarłatem. To się jednak okazało później. 


     Najpierw ni z gruchy ni z pietruchy poczułam pieczenie. Od razu pomyślałam, że mnie diabeł widłami dźga i popycha ku wrotom piekielnym albo, przed wrzuceniem mnie do kotła, wlewa ostre przyprawy oczodołem i za chwilę wlot zamknie gałką jak korkiem. Taki niebieski szklany korek to bardzo gustowne zamknięcie przecież. 



     Pieczenie ustało, gałka tkwiła na swoim miejscu, jednak dyskomfort i ból oka został ze mną, ale jako, że jestem z bólem na ty od dłuższego czasu, wytrzymałam te katusze, kompletnie je wypierając. Jakże się zdziwiłam, spoglądając kilka godzin później do lustra, by uczynić lico przyjaźniejszym światu i bliźniemu za pomocą cieni do powiek i kawałka czernidła! Połowa białka oblała się wybroczyną krwi wrzącej i tak już została. Oczywiście w tym samym momencie ból oka wzrósł gwałtownie do 7/10. Zauważyliście tę swoistą zależność? Dopóki człowiek nie widzi, co mu się stało, chodzi jak w zegarku i wypiera - czasem ludzie po wypadkach biegają na połamanych nogach, łazi się z żywym mięsem wyzierającym ze zdartego przez but bąbla. Ale jak się tylko zobaczy te żyłki, wysięki, złamania, a jeszcze w mazaje w kolorach czerwieni, to następuje nagły wyrzut adrenaliny i kortyzoli, aż dekielek pobrzękuje na szczycie czerepu i zęby szczękają jak werble. 

     To mnie kolejny raz przywiodło na rzadko uczęszczaną ścieżkę mózgową. Od jakiegoś czasu zastanawiam się na niej nad istnieniem i potencjalnymi skutkami złorzeczeń. Istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, ze ktoś wołał do mnie: Oby cię parchy obsiadły! Obyś wyłysiała! Oby ci oko zbielało! O, właśnie. No i ja, jako wieczna optymistka, mam tę pociechę, że owszem, obsypie mnie, oko mi zbieleje, ale wierzę, że karma wraca i to nie tylko u przejedzonego psa. Ciągle żywię wysokobiałkową paszą moją wychudzoną nadzieję, że to jednak pójdzie rykoszetem i pacnie finalnie  bumerangiem osobę rzucająca słowem straszliwem. 
No bo ja, drodzy Państwo, nie widzę innej przyczyny tego co się ostatnimi czasy tu wyrabia! Na wszelki wypadek (i na poratowanie skóry), kąpię się w zdejmującym klątwy czarcim żebrze, o czym zapewne jeszcze napomknę. To zalecenie - i tu Was zadziwię - nie babki zielnej, ale doktora alergologii. 

Ad rem, póki jeszcze widzę (aha, bo walnęło mi oko z większą ilością mętów, o których czytaliście tu w pokrytej pajęczyną i kurzem przeszłości, więc nie wiem ile jeszcze się nacieszę tym organem), to teraz niech będzie o tańcu. 

(A ten najkrótszy kawał o pijących metanol znacie chyba, co?
- Panowie, pijmy szybciej, bo się ściemnia!)


A teraz, po różańcu - do tańca.

     Będąc w kwiecie wieku nie mam już złudzeń: taniec jest jak seks. Mówię tu o tangu. Byłam, widziałam, jeszcze zanim mi odjęło urodę i symetrię ócz.

     Co niedzielę w Poznaniu na Placu Wolności odbywa się Milonga Open Air - można podejrzeć na fejsuniu. Ołmajgad, jakie to piękne! Jakie sensualne, erotyczne, gęste od niedopowiedzeń! Natychmiastung chcę się nauczyć tanga! Wy też?

     Wszelkie miłe rzeczy, w tym taniec, a nawet pokuszę się o tezę, ze patrzenie na pary w uściskach, rozluźniają mięśnie, koją umysł, wciągają nas na półpiętro dobrego samopoczucia, a niekiedy i na szczyty. No a to, wiadomo, relaks i ukojenie. Ponadto naukowcy prawią, że impulsy nerwowe powstałe przy delikatnych, przyjemnych ruchach i dotyku, skaczą po synapsach szybciej, niż bólowe, dlatego przytulenie, dotyk, kojące słowa działają cuda. 
Ponadto taniec (bez nadmiernych wygibasów w pionie, bo w poziomie już można) uelastycznia ciało i działa jak gimnastyka. No i ta męska dłoń na całych plecach, można poczuć się bezpiecznie jak w fotelu!

      Zanim wykąpiecie oczy w tych wizjach, które Wam tu roztaczam, należy się szykownie ubrać. Kreacje wieczorowe dla kręgosłupowców, voila!








Do tego buty, krawaty dla Panów, o czym było kolorowo ----> tutaj

No i biżuteria, nie zapominajmy! Wybrałam klasyczną, ponadczasową elegancję: kolię, kolczyki i pierścionki. Do biżuterii jeszcze kiedyś wrócimy.






A teraz zdjęcia z wieczoru 12 sierpnia, przedsmak Nocy Perseid - kto widział?












Mmmmm, cudne, prawda? :)

No to do następnego razu! Mam nadzieję, że opanujecie do tej pory tango, a ja postaram się nie zrobić sobie krzywdy. Adios, druzja!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Cóż, ciągle żyję!

     Pomyślałam sobie, ze zanim wpadnę w stan estywacji w tych afrykańskich temperaturach, napiszę notkę, bo istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że potem nie uniosę martwej powieki. Jestem już połowicznie zmumifikowana i to abstrahując od wieku, który jakoś zdołałam osiągnąć, ale dlatego, że w pokoju mam tyle stopni, ile panuje w Dolinie Królów w lipcu, więc mogę odegrać pewną, kluczową rolę w tej antycznej tragedii. 
     
     Spoglądając krytycznie w lustro, zastanawiam się też, czy nie kłaść się na noc plackiem na podłodze. Przy podłodze jest zimniej, bo ciepłe unosi się ku górze - to raz. A dwa, że o poranku obserwuję ślady na wykładzinie powstałe po nocnej bytności mięczaków w domu. No, niestety, nie spoconych kochanków, ale tych stworzeń mientkich, a śliskich. Śluz ślimaków zawiera niezwykle cenne substancje pozwalające zachować urodę, więc może się im rzucę pod nogę, niech mi będzie wolno zrymować. Co prawda trudno zachowywać coś, czego nie ma i nigdy nie było, ale może ślimaki wpełzną na mój galopujący zegar biologiczny i, śliniąc się obficie, zatrzymają go chociaż na dwie minuty. 
    
   Czas nieubłaganie płynie, jak wypływa wapń z kości, niepostrzeżenie, między palcami. Chciałaby dusza do raju, a ciało do sanatorium na kompleksowe podtrzymanie funkcji życiowych. 
No i nie wiem doprawdy od czego zacząć ten karkołomny spacer po moich dolegliwościach, zatem może zacznę od nóg. 
    
  Otóż odmówiły mi posłuszeństwa kolana. Na tyle, że ja, jako osoba odporna na ból, toczyłam do kubełków pot perlisty i czyste łzy, kiedy musiałam usiąść, ukucnąć, a potem wstać. A kucam notorycznie, ponieważ się nie schylam. Nie mówiąc o siedzeniu, bo jestem leniwa. Kucać trzeba do piekarnika, do pralki, do zamrażarki, do zmywarki, której nie używam, ale kucam, myjąc jej front. (Hmmm dochodzę do wniosku, ze te urządzenia są zaprojektowane dla skrzatów domowych, a na podstawie mizernych efektów ich pracy wnioskuję, że u mnie strajkują, albo się wyprowadziły zrażone marnym wiktem).
     
     Pewnego razu, po dłuższym czasie, kiedy padłam w końcu przed pralką i nie mogłam o własnych siłach dopełznąć do lodówki po kabanosa i musztardę, co już jest sygnałem alarmującym, gdyż po jedzenie wbiegłabym na K2, postanowiłam pofatygować się do lekarza. 
Błąd. Ale o tym na końcu.
    
    Wzięłam zatem tobołek i udałam się do lekarki rodzinnej. Rodzinna wypisała mi plik skierowań na wnikliwe badania płynów ustrojowych. Wyniki były o dziwo wzorcowe, więc dostałam skierowanie do lekarza reumatologa na dalszą diagnostykę i ewentualne leczenie. Szybko się pisze, ale proces swoje trwał.
    
    Kiedy w końcu się doczekałam na audiencję, licząc  z nudów kolejne siwe włosy na piersiach, lekarz reumatolog momentalnie nagrabił sobie u mnie stwierdzeniem, że w moim wieku muszę się pogodzić z bólem kolan. W moim wieku! Doprawdy... Co wolno wojewodzie, to... Błysnęłam w jego kierunku okularem, otworzyłam, a następnie zamknęłam w kieszeni scyzoryk, którym chciałam odciąć go od butli z tlenem, a którą wstydliwie chował pod biurkiem i z hipertensyjnym różanym rumieńcem opuściłam gabinet, siląc się, na ile mi skołatane zdrowie pozwoliło, na krok sprężysty i młody. Za drzwiami z nozdrzy buchnęła mi siarka, kolana zgrzytnęły złowrogo, po czym ponownie obrałam azymut  na lekarza rodzinnego.

     I znowu siedzę w poczekalni z olejową lamperią w kolorze pleśniowym  i czekam na audiencję. Tym razem dostałam polecenie udania się do medyka innej branży, mianowicie ortopedy. Dostałam się już po kilku tygodniach do lekarza słynącego z trafnych diagnoz i cudownych wręcz uzdrowień. I tu prawie osiągnęłam kres moich peregrynacji.
Ortopeda wpatrując się w obraz USG stwierdził straszliwą i nieuleczalną chorobę kolan, zapisał mi skierowanie na rehabilitację i worek paszy z flexi kolagenem na czele. Flexi jadłam, nie powiem, aczkolwiek zawiodłam się srodze na kucharzu, bo po rozpuszczeniu zawartości torebki w kubeczku, oczom i nozdrzom moim objawił się galart o zaskakującym smaku cytryn. Z regularną przykrością stosowałam kurację, w międzyczasie próbując zarejestrować się na zabiegi. Traf chciał, że w tym samym czasie dysponowałam dwoma skierowaniami - na kręgosłup i na kolana. Przy okienku poinformowano mnie, że nie mogę się leczyć kompleksowo, tylko muszę doświadczyć rozszczepienia osobowości i wybrać partię ciała, z którą przyjdę najpierw. Kiedy kuracja zostanie zakończona, mogę poddać się zabiegom na tę drugą. 
Jako, że termin oczekiwania był równy długości ciąży nosorożca, wybrałam pierwszy kręgosłup, który mi też doskwierał, ale on ciągle doskwiera, ale jako upierdliwego starca jego pierwej rzuciłam na kozetkę.

     Kiedy doczekałam się zabiegów, kręgosłup przestał mnie boleć (o cudzie niepojęty!), ale kolana doskwierały dalej, o czym poinformowałam mimochodem rehabilitanta, który podłączał mnie do prądu i zapalał nade mną lampy. Obmacał je i wziął na kozetkę z cała reszta mojej osoby. I tu nastąpił kolejny cud w moim życiu, porównywalny z wskrzeszeniem Łazarza, albowiem już po pierwszym zabiegu ból zniknął tak nagle jak się pojawił. Czy moje kolana były stare, zapytacie? Czy miały niezwykłą chorobę, którą wykrył ortopeda? Otóż nie. 
     
     W czasie, kiedy zaczęły mnie boleć, pisałam dużo na komputerze (powstawało dla PANu "Białe na białym") i przechodziłam prywatnie przez rzekę stresu. Stres właśnie spowodował, że mięśnie ud i podudzi, które były napięte jak postronki, pociagnęły rzepkę w ten sposób, że ciągnięta z dwóch stron, przylgnęła do stawu kolanowego i tarła o niego. Rehabilitant gołymi rękami doprowadził wszystko do porządku. 
Dobry rehabilitant to skarb na wagę platyny! Ile kosztuje circa 80 kilo platyny? Ho ho!



piątek, 17 listopada 2017

Sanatorium

     Obiecałam Wam, że będę okrutna i będę Was raczyć opowieściami o sanatorium. Dzisiaj tę groźbę spełnię, ale ubiorę ją w śpioszek opowiadania, bo chciałam zdać relację, ale mnie zniosło. Co tam relacje! I tak jak piszę prawdę, to brzmi jak kryminał albo komedia i mi nie za bardzo pewnie wierzycie. Cóż! Taki los artysty. Zatem zróbcie sobie herbatkę z pigwowcem, marchewki do podgryzania, chleb z mortadelą i jedziemy! Goooooooł!

I jeszcze wierszyk:

Do sanatorium zjeżdżają umrzyki,
co ledwo powłóczą nogą,
w kolejce stoją dziś same pryki,
co łyżki utrzymać nie mogą.

Ile masz lat, stareńka babino
pytam ja panią w niebieskim.
Pani mi mówi ze skrzywioną miną
mam ich, o raju, trzydzieści!

Po trzech tygodniach, nie uwierzycie
tłumek się bardzo zmienił:
we wszystkich nagle wstąpiło życie,
bo stan pań się nagle odmienił :)

 

- Jak to nie ma wolnej jedynki?! - prawie zemdlałam, kiedy służbowy ciepły alt wypływający gdzieś spod recepcyjnego kontuaru sanatorium "Nenufar" przebił mi się do uszu przez nasączone Amolem kulki z waty, po czym wkręcił się boleśnie w bębenki. Ledwo ustałam, trzymając się blatu, wykończona całodzienną, ale zwycięską walką toczoną z PKP na wielu frontach Polski, począwszy już od linii demarkacyjnej Warty, a skończywszy na rozgrzebanym dworcu w Międzyzdrojach, dlatego marzyłam już tylko o tym, by złożyć swoje kości i poliwęglanową protezę nogi w ustronnym i cichym miejscu. Za mną ustawiali się już inni chętni do zagarnięcia komfortowego lokalu, więc skrzypnęłam złowieszczo kolanem, co zawsze robi mocne wrażenie i opanowując czerwoną mgłę przed oczami, wbiłam grube szkła krótkowidza w stojącą za kontuarem maleńką, śliczną brunetkę o aparycji ekskluzywnej hostessy, a to już samo w sobie wystarczyło, żeby mnie bardzo zirytować.
- Proszę pani - syknęłam na wydechu, uśmiechając się kwaśno - ja tu przyjechałam wypocząć! Czy zdaje sobie pani sprawę, jak heroicznego wysiłku wymagała ode mnie sama podróż tutaj? Pomijam już nawet sam fakt konieczności poddania się oględzinom kwalifikującej do tutejszego sanatorium komisji lekarskiej, która z niemą satysfakcją przegania człowieka po gabinecie w samej bieliźnie i ćwiczy jak rasowego kuca na padoku. - Tu musiałam przerwać wywód i przymknąć oczy, by policzyć do trzech i uspokoić drżenie lewej brwi na samo wspomnienie tego żenującego spotkania i otulającego go anturażu. A potem już poszło lawinowo. Jednocześnie z liczbą "trzy" lotem błyskawicy przemknęły mi przez głowę inne, acz równie bolesne wspomnienia, uwalniając w niej echem bełkotliwy głos dworcowego megafonu oznajmiający o trzygodzinnym(!) spóźnieniu pociągu i możliwych utrudnieniach w emisji sygnału wifi. Pamiętam to tak wyraźnie, bo to był dokładnie ten moment mojego życia, w którym stałam się agnostyczką w kwestii boskości trójki. Za to sygnał wifi jest mi całkowicie zbędnym, bowiem w domu posługuję się niezawodnym arsenałem sygnałów niewerbalnych i kilkoma wyuczonymi komendami wygrywanymi na myśliwskiej sygnałówce zięcia. Potrafię też nadać lampką nocną sygnał SOS, na co niestety domownicy przestali reagować już po trzecim (!) razie, kiedy to najpierw zachciało mi się kabanosa, potem delicji szampańskich i na końcu podania pilota. Pominę też przykry fakt, że pociąg był nieogrzewany (tak, mój wagon miał numer trzy) i to, że osobie ze schorzeniami narządu ruchu ZUS powinien każdorazowo przydzielać osobistego szerpę, by dokonywał niemożliwych dla chorego bohaterskich czynów polegających na uniesieniu walizki nad głowę i wtłoczenie jej pod sufit, do przegródki wielkości chlebaka. Wszak samemu nie ma co strugać heroicznego Atlasa. No chyba, że atlas anatomii, ze szczególnym uwzględnieniem osteologii i terapii manualnej ordynowanej w pakiecie z przystojnym fizjoterapeutą.
Rozglądam się i widzę, że za mną przed sanatoryjnym kontuarem rośnie ogonek. Z wyższością łypię na nerwowo cmokającego na mnie rumianego mężczyznę odzianego w jesionkę na watolinie z lat siedemdziesiątych i już wiem, że musi być on wieczny, więc chyba da radę odstać jeszcze te kilka minut. Za cmokaczem kiwają się na wysokich obcasach jakieś blond lafiryndy z lordozą i sztucznymi rzęsami, które przykleja się pewnie pół doby, więc one też zdołają odstać jeszcze kilka chwil, zanim rozpłyną się w basenie z solanką. Za lordozami pręży się dumnie wyprostowany młokos lat pięćdziesiąt i dalej jakiś garbus z laseczką, którego od razu pewnie naprostuje żelaznoręki masażysta. Chryste! Sami symulanci.
W recepcji robi się na tyle ciepło, że muszę uwolnić się z wielkiej  kremowej puchówki, która spowija me boskie kształty od góry do dołu jak kokon jedwabnika, dzięki czemu kojarzę się miło z puchatą maskotką Michelin. Ale to tylko pozory. W moich żyłach płynie rozpuszczony w adrenalinie testosteron, dzięki którym recyklinguję energię z rozpadu opony na brzuchu do glukozy.
- Proszę Pani - ciągnę nieustępliwie, - bardzo proszę o sprawdzenie, ja na pewno jestem ujęta na liście do aneksji jedynek. Tutaj również przyjechałam pierwszą klasą,więc sama pani rozumie - poprawiam wymownie apaszkę, wysuwając na wierzch metkę z dużym napisem YSL. (Ale, że to tania podróba za dwieście, wiem tylko ja).
- Przykro mi - rozkłada ręce brunetka. Mało tego, że ładna, to jeszcze o seksownym głosie, więc mam ochotę natychmiast udusić ją kablem od drukarki, zrolować w dywan i porzucić w schowku na szczotki. Liczę więc do trzech, z pominięciem feralnej trójki. Równocześnie postanawiam kupić więcej Neospasminy i środków na obniżenie ciśnienia.
Z obrzydzeniem odbieram z jej ręki klucz od dwójki, uważając, by nasze palce się nie spotkały. Ciągnę swoją ciężką, chorą nogę po wykładzinie, zostawiając po sobie kreskę jak ślimak. Wjeżdżam windą na trzecie(!) piętro i otwieram pokój. Siedzi na łóżku. Cholera jasna, jaka ta baba jest wielka! Jak tur. Pewnie może zmieścić w sobie balon wina i to bez opróżniania go.
Kładę się i ledwo mogąc podnieść nogę, opieram ciężką jak grzech protezę o kaloryfer. Brzęk pełnych butelek dochodzących z jej wnętrza zwraca uwagę współlokatorki i wywołuje na jej twarzy błogi uśmiech. Szlag by to. Na nas dwie nie wystarczy. W końcu to aż trzy tygodnie!

wtorek, 31 października 2017

Przychodzi baba do rakarza 3

     Po odzyskaniu świadomości, która wróciła gdzieś tak dobę po opuszczeniu gmachu ZUS, odbyłam rozmowę z przyjaciółką, po której uzmysłowiłam sobie dzięki Jej wydatnej pomocy jedno - nigdy, przenigdy nie pojawiaj się w ZUSie w krótkiej sukience, która opływa twe boskie kształty niczym klepsydrę! Chyba, że nosisz na podorędziu stosowne utensylia, których użyjesz - wór zgrzebny, najlepiej nieprany i zżarty przez mole oraz drewniane saboty. Wór taki musi być obszerny, by skutecznie skryć gibkość i opaleniznę, niestety, zgrabnych nóg. Na głowę należy włożyć sfatygowany słomkowy kapelusz z obwisłym rondem i powyciąganymi słomkami, który skryje makijaż i uśmiech ze zdrowym, równym uzębieniem. Najlepiej powłóczyć nogą albo ją sobie już na schodach profilaktycznie odciąć tępym scyzorykiem, ale i tak ZUSusy najprawdopodobniej pozostaną niewzruszone.

- Bo do ZUSu, naucz się, moja droga raz na zawsze, to przychodzi się jak bida z nędzą. A nie tak, jak Ty - ubrana, umalowana i golden-brown. - rzecze przyjaciółka.


Psiakrew, za późno dowiaduję się takich rzeczy. Wszak to mój debiut. Kobyłka u płota, trzymam już bowiem w ręce orzeczenie, w którym... Ach! Wy nie wiecie po cóż ja się tam wybrałam! Oświecę Was zatem, bo gra warta świeczki i ogarka. Nie będę skrywała tej słodkiej tajemnicy. Ale to za chwilę.

    To, co mnie badało pod postacią kobietona, było, jak się okazało, jednoosobową komisją. Badanie polegało głównie na pomiarze wagi, wzrostu (w staniku i majtaskach). Należało położyć się, nogi w górę. Skłon - nie zrobię, odmówiłam, bo jak zrobię, to jedynie raz i zostanę tu na kozetce na wieki, a zamykają ten przybytek o 15. Zostawiona sama po 15 mogłabym przecież ukraść wszystkie papiery, oddać je na makulaturę i zbić taki majątek, że spokojnie starczyłoby na wycieczkę do Panamy i z powrotem, a nawet na kieszonkowe. A ja może nie chciałabym wrócić i co?




     Bezpośrednio po badaniu nastąpiło orzeczenie, a po orzeczeniu werdykt. Jak szybko! W ręce trzymałam SKIEROWANIE. Wybrałam się tu bowiem po skierowanie do sanatorium, proszę sobie imaginować. Ale co ja paczam, co ja czytam?! Skierowanie, owszem,  ale do uzdrowiska... w centrum mego miasta. Dodam, że miasta ze spaliną, wyziewem kominowym z rzeką z ołowiem, rtęcią i gumową płocią. O jacie! Całe 20 minut drogi tramwajem ode mnie! Ależ odpocznę!. Rano w znoju i zawierusze do tramwaju, by odbyć sześc zabiegów i pobieżyć do domu odwalić całą robotę domową plus pisaninę. O noł noł noł.
Napisałam szybciorem odwołanie, które skutkowało wypuszczeniem mnie do sanatorium nad morzem. Ba, sanatorium. To było SPA! 24 dni, zabiegi 6 dni w tygodniu, zajęcia z relaksu, z dietetyczką, jaccuzzi, pełen wypas!* Ale o tym następnym razem!

* Sanatorium z ZUS, czyli tzw rehabilitacja lecznicza w ramach prewencji rentowej w odróżnieniu od NFZ znacznie się różni - na termin czeka się 1-2 miesiące, a nie kilkanaście, turnus trwa 24 a nie 21 dni, jest więcej zabiegów, także w soboty, są zajęcia zbiorowe, m.in. z psychologiem - relaks, muzykoterapia, mobilizacja do pracy. Wyjazd jest całkowicie bezpłatny, zwracają pieniądze za dojazd. Można wyjeżdżać często. Aby załapać się do tego raju trzeba być jedynie osobą pracującą. No i trochę jednak chorą ;)

sobota, 25 lutego 2017

Jak to się dzieje, że po owocach czujemy się zdrowsi?

     Kolejny raz sprawdza się ludowe porzekadło, że jak trwoga to na bloga.

     Wiem, Drodzy Czytacze, wiem, mamy tu pewne zaległości do odrobienia. Jako zapiekła sklerotyczka, zacznę od rzeczy najświeższych, póki je pamiętam, bo inaczej demencja pochłonie mnie w całości, a tak, to chociaż trochę moich myśli zachowa się dla zstępnych. Co prawda marny to spadek po mnie na razie, ale kto wie, kim będę jak dorosnę? Sława za człowiekiem wlecze się bowiem dłużej niż zapach naftaliny, a jak długo wietrzy się futra po prababce, to my, pokolenie 70, wiemy.

     Zdarzyło się wczoraj, że wieczorowa porą zapragnęłam aplikacji banana drogą doustną. Jako, że me grzeszne, a ponętne ciało spoczywało w tym czasie na kanapie, a górna jego część pochłonięta była Sztuką, która wypływała z mózgu do komputera za pośrednictwem paluszków, więc była niebywale zajęta (impuls o chętce na banana torował sobie drogę blisko godzinę, zanim został rozszyfrowany), więc nie zwlokło się ono samodzielnie po owoc, tylko wyżebrało go u pierworodnego. Pierworodny, którego cechuje wrodzone lenistwo i wybiórcza głuchota, zareagował mniej więcej już po piątej prośbie. Zamachnął się owocem i wyrzucił go w moim kierunku, nadając mu niestety, rotację. Jako, że nie uchylam się prawie nigdy przed ciosem (siekiery nie łapię), wyciągnęłam obie dłonie przed siebie, chcąc pochwycić ten bumerang, zanim uderzy w monitor lub kota. A należy zaznaczyć, że kot był tańszy od monitora, więc wiadomo, co się chroni. Chcąc pochwycić banana ze zwinnością małpy, wyciągnęłam łapy, ale nie pochwyciłam go, gdyż moja zwinność daleka jest jednak od małpiej, i owoc uderzył mnie centralnie w kciuk, wbijając go do wnętrza dłoni po paznokieć. Poczułam tak rwący ból w stawie, że w oczach stanęły mi świeczki. Co tam świeczki, gromnice! Lewy mój palec od kilku miesięcy jest w stanie obniżenia przydatności do życia o jakieś 60%, gdyż najprawdopodobniej staw został wcześniej albo wybity, albo skręcony, albo nie wiem co. A palec ten, jak się przekonywałam stopniowo na przestrzeni wielu miesięcy, jest elementem organizmu często używanym i niezmiernie potrzebnym do egzystencji, nawet tak marnej jak moja. Nie można na przykład bezboleśnie podciągnąć spodni, co czyni się jak wiadomo kilka razy dziennie. Problem nabrzmiewa też przy niesieniu i myciu talerzy czy szklanek, ech, co ja tu będę relacjonować szczegóły z moich codziennych porywających zajęć... Powinnam napisać, że bół przeszkadza mi we wskazywaniu służbie co ma wykonać, no ale to nie palec wskazujący, ani nawet środkowy. 



     Przeszywający ból nie ustępował przez tysiąclecia, wulgaryzmy migały mi przed oczami na przemian z mroczkami, po czym stał się cud. Mroki ustąpiły jasności, wrodzona puszystość świata wróciła, ruchomość palca zwiększyła się, a ból jakby minął. I, odpukać, do dziś nie wrócił, a minęła prawie doba! Czy tak długo można trwać w szoku pourazowym? Okazało się, że mam znachora w domu! Teraz może podreperujemy nasz domowy budżet, proszę ustawiać się w rządku, terapia bananem jest nowatorska, ale jak widać, bardzo skuteczna. Banan musi być duuuuży i nie za bardzo dojrzały. Można pojawiać się ze swoim. Tylko nie zjeść mi go proszę w kolejce! Kto pierwszy?

środa, 10 sierpnia 2016

Przychodzi baba do rakarza 2

     Ponownie przekonałam się o ponadczasowości i utylitarności obrazka z poprzedniej notki. W zasadzie powinien być on w nagłówku wszystkich postów o moich intymnych kontaktach z przedstawicielami współczesnej szeroko pojętej medycyny, jako synonim poniższego motta: 


     Otóż ponownie miałam bliski kontakt z przedstawicielem gatunku ZUSus erectus. Ale nasz stosunek nie był orgazmiczny, o nie! Chociażby dlatego, że ZUSus okazał się kobietą, jak wniosłam z lustracji członków ozdobionych dosyć krzycząca biżuterią. (Ale nawet gdybyśmy byli różnopłciowi, to nie byłby to kontakt satysfakcjonujący). Biżuteria krzyczała głosem tysięcy moich poprzedników, bowiem to, co oplatało nadgarstki kobietona, bardzo przypominało ludzkie kły. Czerwone kły, więc na pewno okrwawione i okupieniem cierpieniem mas. Trofea zdobywane przez sześćdziesiąt lat jej panowania. Ale zanim dojdę do opisu mojej bogdanki, opiszę polimorficzną, a wręcz poligamiczną grę wstępną z ZUSem.

     Pojawiłam się u bram piekieł już w nocy, o 7 rano. Na dworze tymczasem panowała mleczna mgła, w której niknęły wypełnione ciałami ludzkimi tramwaje niczym trupie, obżarte widma. Samochody sunęły po mokrym asfalcie i wpadały w rowy mariańskie Ronda Kaponiery, a ludzie błąkali się jak dzieci we mgle. Dotarłam na miejsce kaźni szarp 7, a już przed okienkiem rejestracyjnym tkwił nieruchawo spory tłumek ni to rannych ptaszków, ni to owiec napchanych siarką. Ominęłam więc go zgrabnie i pobieżyłam ku okienku, by się zakolczykować numerkowo. Numerka jednak nie odbyłam niezwłocznie, gdyż tłum owiec wykopał mnie pod ściankę, gdzie, jak się okazało czekało na mnie miejsce z napisem "czternasta owca w kolejce". No dobra. Nie zdobędę ZUSusa tak łatwo i szybko. Tu trzeba swoje odczekać. ZUSus okienkowy płci żeńskiej po chwili sam się zdeflorował odchylając szybkę. Bomba w górę!


     W zasadzie w tej instytucji widać jedynie same kobiety. Kobietony wręcz. One chyba rozmnażają się partenogenetycznie w zawiłościach setek korytarzy. Samce tego gatunku najprawdopodobniej nie występują w stanie naturalnym. Albo są znaturalizowane, jak w Seksmisji, tuż po urodzeniu i wychowywane na ZUSusa w schowkach na szczotki. Dzieci takie poi się zapewne roztworem sody kaustycznej i karmi wiórami z niszczarki, a potem, po 70 latach wypuszcza i sadza za biurkiem.

     Taki właśnie kobieton zrobił mi wiwisekcję. Ale nie wyprzedzajmy faktów! Wystarczyło, że  niemal wyprzedziłam windę, Jako jedyna zdobyłam bez asekuracji trzecie piętro i to północną ścianą.
 
    Wzbudzając fale na wypolerowanym parkiecie skierowałam swe kroki ku gabinetowi X. Drzwi do gabinetu stały otworem, wewnątrz ziała pustka, którą wypełniała ZUSuska z rzeczonymi kłami na przegubach. Stałam więc i patrzyłam jak powolnie zakładała kitel i nalewała wodę do elektrycznego dzbanka, by uczynić sobie poranną kawę albo wywar z ludzkich szczątków, które zapewne trzymała w szufladzie. Zerkałam nienachalnie z głębin korytarza, ale to już wystarczyło, by ją rozsierdzić.

- Proszę przeczytać, co jest napisane na drzwiach i się zastosować!!

Hm, ja zawsze się stosuję, a w urzędach to już w szczególności, do tego stopnia, że zawsze czuję się winna jak skazaniec przed słuszną gilotyną i nie śmiem nawet prosić o wodę i suchy chleb, żeby nie mitygować personelu. Musiałam wejść do gabinetu, by na otwartych na całą szerokość wrotach przeczytać wiadomość na przybitym siekaczem do drzwi świstku, żeby czekać w poczekalni. Poszłam karnie za róg i spoczęłam na krzesełku. Po połowie kawy wezwano mnie na badania przyżyciowe. Tętno, ciśnienie ponadnormatywne, wzrost również (urosłam jakieś 2 cm przez noc, hm), po czym szereg ważkich pytań. Wśród nich kluczowe, po którym straciłam przytomność, osiągnąwszy rekord świata w hipertensji. Kobieton cedził bardzo wolno, jak niepełnosprawnej umysłowo:

- A teraz proszę opowiedzieć, co pani jest i nie używać słownictwa, którego pani nie rozumie.

Ocknęłam się na korytarzu. Fale parkietu wyniosły mnie na świeże powietrze. Usłyszałam, jak za moimi plecami z ponurym skrzypnięciem zawierają się wrota Mordoru.

I'll be back!




czwartek, 14 lipca 2016

Przychodzi baba do lekarza


     Odwijam z twarzy piramidalnie zakurzone zwoje, niczym woalkę z muślinu, rozwijam zwoje mózgowe i uśmiecham się bezzębnie: - Kopa lat, Czytacze! Prawie umarłam, ale jednak nie całkiem, więc przyszłam Was postraszyć. 

     
     Grożę kościstym palcem i wołam, że jak nie będziecie ćwiczyć, to Wam się stanie to co mnie! Nie poznaję się w lustrze, gdyż schudłam 20 kilo. Wcześniej przybrałam 12, więc jest mnie mniej niz przedtem. Ale o tych wagowych dywagacjach będzie w którymś z następnych odcinków, bo na pewno chcecie znać mój sekret jak w ciągu 4 miesięcy olśnić otoczenie (choć nie na tyle, by oślepło i całkowicie zignorowało, czy też przeoczyło Waszą metamorfozę, bo to by było bez sensu).
Mianowicie nie poznaję się w lustrze, bo me ciało zwane kapciem odmówiło współpracy na wielu płaszczyznach. Zwłaszcza w przekroju pionowym czyli na osi północ południe  w miejscu nazywanym u mnie teoretycznie odcinkiem z piersiami. Ten odcinek to dla mnie novum, a jednocześnie chorobowe kuriozum.

   


     Doczołgałam się zatem do świątyni zdrowia, przedtem doświadczając swoistego katharsis, gdyż bez przeszkód otrzymałam swój numerek. Numerek z godzinką do odmówienia o 14.50. W poczekalni kolejny szok, ledwo udźwignęłam jego brzemię. Byłam DRUGA! Nie piętnasta, czy nawet siódma! Druga! Hosanna!
     Pani przede mną macha nóżką, założoną noga na nogę. No to zarzucam również, gdyż MOGĘ. A tą pozycją nie cieszyłam się od kwietnia 2011 roku. Jezu, jaka to przyjemność siedzieć z założonymi nogami! Luuudzie. Nie doceniacie tego co możecie. Więc ja siedzę, doceniam i się delektuję pozycją. Mam bardziej opaloną nogę i ładniejszy kolor lakieru, więc mi się trochę poprawia. Niemniej klatka z piersiami jęczy. Mija pięć minut, dziesięć, piętnaście. Pewnie w środku siedzi jakaś babcia i opowiada życiorys od 1944. W szparze pod drzwiami nie migają cienie, nic się nie porusza. Mija kolejne pięć minut. Zza drzwi dochodzi odgłos przybijanych pieczątek. A więc babcia jeszcze dogorywa. Pięć minut kolejnych. Cisza. Chyba umarła.
     
     Tymczasem podczas agonii babci, do poczekalni wchodzi niewiasta i oznajmia, że przywlokła swe truchło na 15.30. Duszę ją w myślach kablem od USG, albowiem nagle spadam na trzecią pozycję. Babcia wewnątrz już nie dycha od kolejnych pięciu minut, pewnie ją kremują. Pól godziny apopleksji tych co na zewnątrz, czyli nas, również przybliża do tego zabiegu. A żeby jeszcze kremowali kremem z botoksem! Ale nie. Na sucho.
     Wchodzi starszawy pan i powiada, że jest na 15.40. Spoglądam na niego, syczę, że ja na 15.50 i bez nerwowych drgań powieki robię mu zastrzyk z bąblem powietrza. Pan beka, a mnie wypycha pod sufit z wrażenia, gdyż uświadamiam sobie, że jestem wszak PIERWSZA! NA 14.50, a nie 15.50! Ha! Alleluja! Z półobrotu otwieram drzwi od gabinetu, a tam... żywej duszy! No, nie licząc lekarki, która zadziwiona brakiem pacjentów z natchnieniem wypisywała zaległe recepty i akty zgonu.