Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rehabilitacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rehabilitacja. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 sierpnia 2018

Rzućmy okiem na taniec

     Blog de facto jest poświęcony schorzeniom kręgosłupa i dlatego dzisiaj miało być wyłącznie o terapii tańcem, ale wstrzymam się jeszcze z pląsami, żeby Wam donieść wieści z SORu. Byłam, widziałam, bo kto bogatemu zabroni.
     Odpokutowałam w tym przybytku cztery godziny mojego żywota w potencjalnie najpiękniejszym czasie, jakim jest piątkowy wieczór, a piątkowe wieczory spędzam zwyczajowo w moim ogródku, bo pachnie tu lawendą i dmucha sierpniowym chłodem w grzywkę. Piątek, kiedy sam był jeszcze młody, jakoś krzywo mi w tę grzywkę dmuchnął, albo właśnie jadł kruche ciasteczka (chyba jedno i drugie równocześnie), bo moja niebieska gałka oczna oblała się szkarłatem. To się jednak okazało później. 


     Najpierw ni z gruchy ni z pietruchy poczułam pieczenie. Od razu pomyślałam, że mnie diabeł widłami dźga i popycha ku wrotom piekielnym albo, przed wrzuceniem mnie do kotła, wlewa ostre przyprawy oczodołem i za chwilę wlot zamknie gałką jak korkiem. Taki niebieski szklany korek to bardzo gustowne zamknięcie przecież. 



     Pieczenie ustało, gałka tkwiła na swoim miejscu, jednak dyskomfort i ból oka został ze mną, ale jako, że jestem z bólem na ty od dłuższego czasu, wytrzymałam te katusze, kompletnie je wypierając. Jakże się zdziwiłam, spoglądając kilka godzin później do lustra, by uczynić lico przyjaźniejszym światu i bliźniemu za pomocą cieni do powiek i kawałka czernidła! Połowa białka oblała się wybroczyną krwi wrzącej i tak już została. Oczywiście w tym samym momencie ból oka wzrósł gwałtownie do 7/10. Zauważyliście tę swoistą zależność? Dopóki człowiek nie widzi, co mu się stało, chodzi jak w zegarku i wypiera - czasem ludzie po wypadkach biegają na połamanych nogach, łazi się z żywym mięsem wyzierającym ze zdartego przez but bąbla. Ale jak się tylko zobaczy te żyłki, wysięki, złamania, a jeszcze w mazaje w kolorach czerwieni, to następuje nagły wyrzut adrenaliny i kortyzoli, aż dekielek pobrzękuje na szczycie czerepu i zęby szczękają jak werble. 

     To mnie kolejny raz przywiodło na rzadko uczęszczaną ścieżkę mózgową. Od jakiegoś czasu zastanawiam się na niej nad istnieniem i potencjalnymi skutkami złorzeczeń. Istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, ze ktoś wołał do mnie: Oby cię parchy obsiadły! Obyś wyłysiała! Oby ci oko zbielało! O, właśnie. No i ja, jako wieczna optymistka, mam tę pociechę, że owszem, obsypie mnie, oko mi zbieleje, ale wierzę, że karma wraca i to nie tylko u przejedzonego psa. Ciągle żywię wysokobiałkową paszą moją wychudzoną nadzieję, że to jednak pójdzie rykoszetem i pacnie finalnie  bumerangiem osobę rzucająca słowem straszliwem. 
No bo ja, drodzy Państwo, nie widzę innej przyczyny tego co się ostatnimi czasy tu wyrabia! Na wszelki wypadek (i na poratowanie skóry), kąpię się w zdejmującym klątwy czarcim żebrze, o czym zapewne jeszcze napomknę. To zalecenie - i tu Was zadziwię - nie babki zielnej, ale doktora alergologii. 

Ad rem, póki jeszcze widzę (aha, bo walnęło mi oko z większą ilością mętów, o których czytaliście tu w pokrytej pajęczyną i kurzem przeszłości, więc nie wiem ile jeszcze się nacieszę tym organem), to teraz niech będzie o tańcu. 

(A ten najkrótszy kawał o pijących metanol znacie chyba, co?
- Panowie, pijmy szybciej, bo się ściemnia!)


A teraz, po różańcu - do tańca.

     Będąc w kwiecie wieku nie mam już złudzeń: taniec jest jak seks. Mówię tu o tangu. Byłam, widziałam, jeszcze zanim mi odjęło urodę i symetrię ócz.

     Co niedzielę w Poznaniu na Placu Wolności odbywa się Milonga Open Air - można podejrzeć na fejsuniu. Ołmajgad, jakie to piękne! Jakie sensualne, erotyczne, gęste od niedopowiedzeń! Natychmiastung chcę się nauczyć tanga! Wy też?

     Wszelkie miłe rzeczy, w tym taniec, a nawet pokuszę się o tezę, ze patrzenie na pary w uściskach, rozluźniają mięśnie, koją umysł, wciągają nas na półpiętro dobrego samopoczucia, a niekiedy i na szczyty. No a to, wiadomo, relaks i ukojenie. Ponadto naukowcy prawią, że impulsy nerwowe powstałe przy delikatnych, przyjemnych ruchach i dotyku, skaczą po synapsach szybciej, niż bólowe, dlatego przytulenie, dotyk, kojące słowa działają cuda. 
Ponadto taniec (bez nadmiernych wygibasów w pionie, bo w poziomie już można) uelastycznia ciało i działa jak gimnastyka. No i ta męska dłoń na całych plecach, można poczuć się bezpiecznie jak w fotelu!

      Zanim wykąpiecie oczy w tych wizjach, które Wam tu roztaczam, należy się szykownie ubrać. Kreacje wieczorowe dla kręgosłupowców, voila!








Do tego buty, krawaty dla Panów, o czym było kolorowo ----> tutaj

No i biżuteria, nie zapominajmy! Wybrałam klasyczną, ponadczasową elegancję: kolię, kolczyki i pierścionki. Do biżuterii jeszcze kiedyś wrócimy.






A teraz zdjęcia z wieczoru 12 sierpnia, przedsmak Nocy Perseid - kto widział?












Mmmmm, cudne, prawda? :)

No to do następnego razu! Mam nadzieję, że opanujecie do tej pory tango, a ja postaram się nie zrobić sobie krzywdy. Adios, druzja!

czwartek, 9 sierpnia 2018

Cóż, ciągle żyję!

     Pomyślałam sobie, ze zanim wpadnę w stan estywacji w tych afrykańskich temperaturach, napiszę notkę, bo istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że potem nie uniosę martwej powieki. Jestem już połowicznie zmumifikowana i to abstrahując od wieku, który jakoś zdołałam osiągnąć, ale dlatego, że w pokoju mam tyle stopni, ile panuje w Dolinie Królów w lipcu, więc mogę odegrać pewną, kluczową rolę w tej antycznej tragedii. 
     
     Spoglądając krytycznie w lustro, zastanawiam się też, czy nie kłaść się na noc plackiem na podłodze. Przy podłodze jest zimniej, bo ciepłe unosi się ku górze - to raz. A dwa, że o poranku obserwuję ślady na wykładzinie powstałe po nocnej bytności mięczaków w domu. No, niestety, nie spoconych kochanków, ale tych stworzeń mientkich, a śliskich. Śluz ślimaków zawiera niezwykle cenne substancje pozwalające zachować urodę, więc może się im rzucę pod nogę, niech mi będzie wolno zrymować. Co prawda trudno zachowywać coś, czego nie ma i nigdy nie było, ale może ślimaki wpełzną na mój galopujący zegar biologiczny i, śliniąc się obficie, zatrzymają go chociaż na dwie minuty. 
    
   Czas nieubłaganie płynie, jak wypływa wapń z kości, niepostrzeżenie, między palcami. Chciałaby dusza do raju, a ciało do sanatorium na kompleksowe podtrzymanie funkcji życiowych. 
No i nie wiem doprawdy od czego zacząć ten karkołomny spacer po moich dolegliwościach, zatem może zacznę od nóg. 
    
  Otóż odmówiły mi posłuszeństwa kolana. Na tyle, że ja, jako osoba odporna na ból, toczyłam do kubełków pot perlisty i czyste łzy, kiedy musiałam usiąść, ukucnąć, a potem wstać. A kucam notorycznie, ponieważ się nie schylam. Nie mówiąc o siedzeniu, bo jestem leniwa. Kucać trzeba do piekarnika, do pralki, do zamrażarki, do zmywarki, której nie używam, ale kucam, myjąc jej front. (Hmmm dochodzę do wniosku, ze te urządzenia są zaprojektowane dla skrzatów domowych, a na podstawie mizernych efektów ich pracy wnioskuję, że u mnie strajkują, albo się wyprowadziły zrażone marnym wiktem).
     
     Pewnego razu, po dłuższym czasie, kiedy padłam w końcu przed pralką i nie mogłam o własnych siłach dopełznąć do lodówki po kabanosa i musztardę, co już jest sygnałem alarmującym, gdyż po jedzenie wbiegłabym na K2, postanowiłam pofatygować się do lekarza. 
Błąd. Ale o tym na końcu.
    
    Wzięłam zatem tobołek i udałam się do lekarki rodzinnej. Rodzinna wypisała mi plik skierowań na wnikliwe badania płynów ustrojowych. Wyniki były o dziwo wzorcowe, więc dostałam skierowanie do lekarza reumatologa na dalszą diagnostykę i ewentualne leczenie. Szybko się pisze, ale proces swoje trwał.
    
    Kiedy w końcu się doczekałam na audiencję, licząc  z nudów kolejne siwe włosy na piersiach, lekarz reumatolog momentalnie nagrabił sobie u mnie stwierdzeniem, że w moim wieku muszę się pogodzić z bólem kolan. W moim wieku! Doprawdy... Co wolno wojewodzie, to... Błysnęłam w jego kierunku okularem, otworzyłam, a następnie zamknęłam w kieszeni scyzoryk, którym chciałam odciąć go od butli z tlenem, a którą wstydliwie chował pod biurkiem i z hipertensyjnym różanym rumieńcem opuściłam gabinet, siląc się, na ile mi skołatane zdrowie pozwoliło, na krok sprężysty i młody. Za drzwiami z nozdrzy buchnęła mi siarka, kolana zgrzytnęły złowrogo, po czym ponownie obrałam azymut  na lekarza rodzinnego.

     I znowu siedzę w poczekalni z olejową lamperią w kolorze pleśniowym  i czekam na audiencję. Tym razem dostałam polecenie udania się do medyka innej branży, mianowicie ortopedy. Dostałam się już po kilku tygodniach do lekarza słynącego z trafnych diagnoz i cudownych wręcz uzdrowień. I tu prawie osiągnęłam kres moich peregrynacji.
Ortopeda wpatrując się w obraz USG stwierdził straszliwą i nieuleczalną chorobę kolan, zapisał mi skierowanie na rehabilitację i worek paszy z flexi kolagenem na czele. Flexi jadłam, nie powiem, aczkolwiek zawiodłam się srodze na kucharzu, bo po rozpuszczeniu zawartości torebki w kubeczku, oczom i nozdrzom moim objawił się galart o zaskakującym smaku cytryn. Z regularną przykrością stosowałam kurację, w międzyczasie próbując zarejestrować się na zabiegi. Traf chciał, że w tym samym czasie dysponowałam dwoma skierowaniami - na kręgosłup i na kolana. Przy okienku poinformowano mnie, że nie mogę się leczyć kompleksowo, tylko muszę doświadczyć rozszczepienia osobowości i wybrać partię ciała, z którą przyjdę najpierw. Kiedy kuracja zostanie zakończona, mogę poddać się zabiegom na tę drugą. 
Jako, że termin oczekiwania był równy długości ciąży nosorożca, wybrałam pierwszy kręgosłup, który mi też doskwierał, ale on ciągle doskwiera, ale jako upierdliwego starca jego pierwej rzuciłam na kozetkę.

     Kiedy doczekałam się zabiegów, kręgosłup przestał mnie boleć (o cudzie niepojęty!), ale kolana doskwierały dalej, o czym poinformowałam mimochodem rehabilitanta, który podłączał mnie do prądu i zapalał nade mną lampy. Obmacał je i wziął na kozetkę z cała reszta mojej osoby. I tu nastąpił kolejny cud w moim życiu, porównywalny z wskrzeszeniem Łazarza, albowiem już po pierwszym zabiegu ból zniknął tak nagle jak się pojawił. Czy moje kolana były stare, zapytacie? Czy miały niezwykłą chorobę, którą wykrył ortopeda? Otóż nie. 
     
     W czasie, kiedy zaczęły mnie boleć, pisałam dużo na komputerze (powstawało dla PANu "Białe na białym") i przechodziłam prywatnie przez rzekę stresu. Stres właśnie spowodował, że mięśnie ud i podudzi, które były napięte jak postronki, pociagnęły rzepkę w ten sposób, że ciągnięta z dwóch stron, przylgnęła do stawu kolanowego i tarła o niego. Rehabilitant gołymi rękami doprowadził wszystko do porządku. 
Dobry rehabilitant to skarb na wagę platyny! Ile kosztuje circa 80 kilo platyny? Ho ho!



piątek, 17 listopada 2017

Sanatorium

     Obiecałam Wam, że będę okrutna i będę Was raczyć opowieściami o sanatorium. Dzisiaj tę groźbę spełnię, ale ubiorę ją w śpioszek opowiadania, bo chciałam zdać relację, ale mnie zniosło. Co tam relacje! I tak jak piszę prawdę, to brzmi jak kryminał albo komedia i mi nie za bardzo pewnie wierzycie. Cóż! Taki los artysty. Zatem zróbcie sobie herbatkę z pigwowcem, marchewki do podgryzania, chleb z mortadelą i jedziemy! Goooooooł!

I jeszcze wierszyk:

Do sanatorium zjeżdżają umrzyki,
co ledwo powłóczą nogą,
w kolejce stoją dziś same pryki,
co łyżki utrzymać nie mogą.

Ile masz lat, stareńka babino
pytam ja panią w niebieskim.
Pani mi mówi ze skrzywioną miną
mam ich, o raju, trzydzieści!

Po trzech tygodniach, nie uwierzycie
tłumek się bardzo zmienił:
we wszystkich nagle wstąpiło życie,
bo stan pań się nagle odmienił :)

 

- Jak to nie ma wolnej jedynki?! - prawie zemdlałam, kiedy służbowy ciepły alt wypływający gdzieś spod recepcyjnego kontuaru sanatorium "Nenufar" przebił mi się do uszu przez nasączone Amolem kulki z waty, po czym wkręcił się boleśnie w bębenki. Ledwo ustałam, trzymając się blatu, wykończona całodzienną, ale zwycięską walką toczoną z PKP na wielu frontach Polski, począwszy już od linii demarkacyjnej Warty, a skończywszy na rozgrzebanym dworcu w Międzyzdrojach, dlatego marzyłam już tylko o tym, by złożyć swoje kości i poliwęglanową protezę nogi w ustronnym i cichym miejscu. Za mną ustawiali się już inni chętni do zagarnięcia komfortowego lokalu, więc skrzypnęłam złowieszczo kolanem, co zawsze robi mocne wrażenie i opanowując czerwoną mgłę przed oczami, wbiłam grube szkła krótkowidza w stojącą za kontuarem maleńką, śliczną brunetkę o aparycji ekskluzywnej hostessy, a to już samo w sobie wystarczyło, żeby mnie bardzo zirytować.
- Proszę pani - syknęłam na wydechu, uśmiechając się kwaśno - ja tu przyjechałam wypocząć! Czy zdaje sobie pani sprawę, jak heroicznego wysiłku wymagała ode mnie sama podróż tutaj? Pomijam już nawet sam fakt konieczności poddania się oględzinom kwalifikującej do tutejszego sanatorium komisji lekarskiej, która z niemą satysfakcją przegania człowieka po gabinecie w samej bieliźnie i ćwiczy jak rasowego kuca na padoku. - Tu musiałam przerwać wywód i przymknąć oczy, by policzyć do trzech i uspokoić drżenie lewej brwi na samo wspomnienie tego żenującego spotkania i otulającego go anturażu. A potem już poszło lawinowo. Jednocześnie z liczbą "trzy" lotem błyskawicy przemknęły mi przez głowę inne, acz równie bolesne wspomnienia, uwalniając w niej echem bełkotliwy głos dworcowego megafonu oznajmiający o trzygodzinnym(!) spóźnieniu pociągu i możliwych utrudnieniach w emisji sygnału wifi. Pamiętam to tak wyraźnie, bo to był dokładnie ten moment mojego życia, w którym stałam się agnostyczką w kwestii boskości trójki. Za to sygnał wifi jest mi całkowicie zbędnym, bowiem w domu posługuję się niezawodnym arsenałem sygnałów niewerbalnych i kilkoma wyuczonymi komendami wygrywanymi na myśliwskiej sygnałówce zięcia. Potrafię też nadać lampką nocną sygnał SOS, na co niestety domownicy przestali reagować już po trzecim (!) razie, kiedy to najpierw zachciało mi się kabanosa, potem delicji szampańskich i na końcu podania pilota. Pominę też przykry fakt, że pociąg był nieogrzewany (tak, mój wagon miał numer trzy) i to, że osobie ze schorzeniami narządu ruchu ZUS powinien każdorazowo przydzielać osobistego szerpę, by dokonywał niemożliwych dla chorego bohaterskich czynów polegających na uniesieniu walizki nad głowę i wtłoczenie jej pod sufit, do przegródki wielkości chlebaka. Wszak samemu nie ma co strugać heroicznego Atlasa. No chyba, że atlas anatomii, ze szczególnym uwzględnieniem osteologii i terapii manualnej ordynowanej w pakiecie z przystojnym fizjoterapeutą.
Rozglądam się i widzę, że za mną przed sanatoryjnym kontuarem rośnie ogonek. Z wyższością łypię na nerwowo cmokającego na mnie rumianego mężczyznę odzianego w jesionkę na watolinie z lat siedemdziesiątych i już wiem, że musi być on wieczny, więc chyba da radę odstać jeszcze te kilka minut. Za cmokaczem kiwają się na wysokich obcasach jakieś blond lafiryndy z lordozą i sztucznymi rzęsami, które przykleja się pewnie pół doby, więc one też zdołają odstać jeszcze kilka chwil, zanim rozpłyną się w basenie z solanką. Za lordozami pręży się dumnie wyprostowany młokos lat pięćdziesiąt i dalej jakiś garbus z laseczką, którego od razu pewnie naprostuje żelaznoręki masażysta. Chryste! Sami symulanci.
W recepcji robi się na tyle ciepło, że muszę uwolnić się z wielkiej  kremowej puchówki, która spowija me boskie kształty od góry do dołu jak kokon jedwabnika, dzięki czemu kojarzę się miło z puchatą maskotką Michelin. Ale to tylko pozory. W moich żyłach płynie rozpuszczony w adrenalinie testosteron, dzięki którym recyklinguję energię z rozpadu opony na brzuchu do glukozy.
- Proszę Pani - ciągnę nieustępliwie, - bardzo proszę o sprawdzenie, ja na pewno jestem ujęta na liście do aneksji jedynek. Tutaj również przyjechałam pierwszą klasą,więc sama pani rozumie - poprawiam wymownie apaszkę, wysuwając na wierzch metkę z dużym napisem YSL. (Ale, że to tania podróba za dwieście, wiem tylko ja).
- Przykro mi - rozkłada ręce brunetka. Mało tego, że ładna, to jeszcze o seksownym głosie, więc mam ochotę natychmiast udusić ją kablem od drukarki, zrolować w dywan i porzucić w schowku na szczotki. Liczę więc do trzech, z pominięciem feralnej trójki. Równocześnie postanawiam kupić więcej Neospasminy i środków na obniżenie ciśnienia.
Z obrzydzeniem odbieram z jej ręki klucz od dwójki, uważając, by nasze palce się nie spotkały. Ciągnę swoją ciężką, chorą nogę po wykładzinie, zostawiając po sobie kreskę jak ślimak. Wjeżdżam windą na trzecie(!) piętro i otwieram pokój. Siedzi na łóżku. Cholera jasna, jaka ta baba jest wielka! Jak tur. Pewnie może zmieścić w sobie balon wina i to bez opróżniania go.
Kładę się i ledwo mogąc podnieść nogę, opieram ciężką jak grzech protezę o kaloryfer. Brzęk pełnych butelek dochodzących z jej wnętrza zwraca uwagę współlokatorki i wywołuje na jej twarzy błogi uśmiech. Szlag by to. Na nas dwie nie wystarczy. W końcu to aż trzy tygodnie!

wtorek, 31 października 2017

Przychodzi baba do rakarza 3

     Po odzyskaniu świadomości, która wróciła gdzieś tak dobę po opuszczeniu gmachu ZUS, odbyłam rozmowę z przyjaciółką, po której uzmysłowiłam sobie dzięki Jej wydatnej pomocy jedno - nigdy, przenigdy nie pojawiaj się w ZUSie w krótkiej sukience, która opływa twe boskie kształty niczym klepsydrę! Chyba, że nosisz na podorędziu stosowne utensylia, których użyjesz - wór zgrzebny, najlepiej nieprany i zżarty przez mole oraz drewniane saboty. Wór taki musi być obszerny, by skutecznie skryć gibkość i opaleniznę, niestety, zgrabnych nóg. Na głowę należy włożyć sfatygowany słomkowy kapelusz z obwisłym rondem i powyciąganymi słomkami, który skryje makijaż i uśmiech ze zdrowym, równym uzębieniem. Najlepiej powłóczyć nogą albo ją sobie już na schodach profilaktycznie odciąć tępym scyzorykiem, ale i tak ZUSusy najprawdopodobniej pozostaną niewzruszone.

- Bo do ZUSu, naucz się, moja droga raz na zawsze, to przychodzi się jak bida z nędzą. A nie tak, jak Ty - ubrana, umalowana i golden-brown. - rzecze przyjaciółka.


Psiakrew, za późno dowiaduję się takich rzeczy. Wszak to mój debiut. Kobyłka u płota, trzymam już bowiem w ręce orzeczenie, w którym... Ach! Wy nie wiecie po cóż ja się tam wybrałam! Oświecę Was zatem, bo gra warta świeczki i ogarka. Nie będę skrywała tej słodkiej tajemnicy. Ale to za chwilę.

    To, co mnie badało pod postacią kobietona, było, jak się okazało, jednoosobową komisją. Badanie polegało głównie na pomiarze wagi, wzrostu (w staniku i majtaskach). Należało położyć się, nogi w górę. Skłon - nie zrobię, odmówiłam, bo jak zrobię, to jedynie raz i zostanę tu na kozetce na wieki, a zamykają ten przybytek o 15. Zostawiona sama po 15 mogłabym przecież ukraść wszystkie papiery, oddać je na makulaturę i zbić taki majątek, że spokojnie starczyłoby na wycieczkę do Panamy i z powrotem, a nawet na kieszonkowe. A ja może nie chciałabym wrócić i co?




     Bezpośrednio po badaniu nastąpiło orzeczenie, a po orzeczeniu werdykt. Jak szybko! W ręce trzymałam SKIEROWANIE. Wybrałam się tu bowiem po skierowanie do sanatorium, proszę sobie imaginować. Ale co ja paczam, co ja czytam?! Skierowanie, owszem,  ale do uzdrowiska... w centrum mego miasta. Dodam, że miasta ze spaliną, wyziewem kominowym z rzeką z ołowiem, rtęcią i gumową płocią. O jacie! Całe 20 minut drogi tramwajem ode mnie! Ależ odpocznę!. Rano w znoju i zawierusze do tramwaju, by odbyć sześc zabiegów i pobieżyć do domu odwalić całą robotę domową plus pisaninę. O noł noł noł.
Napisałam szybciorem odwołanie, które skutkowało wypuszczeniem mnie do sanatorium nad morzem. Ba, sanatorium. To było SPA! 24 dni, zabiegi 6 dni w tygodniu, zajęcia z relaksu, z dietetyczką, jaccuzzi, pełen wypas!* Ale o tym następnym razem!

* Sanatorium z ZUS, czyli tzw rehabilitacja lecznicza w ramach prewencji rentowej w odróżnieniu od NFZ znacznie się różni - na termin czeka się 1-2 miesiące, a nie kilkanaście, turnus trwa 24 a nie 21 dni, jest więcej zabiegów, także w soboty, są zajęcia zbiorowe, m.in. z psychologiem - relaks, muzykoterapia, mobilizacja do pracy. Wyjazd jest całkowicie bezpłatny, zwracają pieniądze za dojazd. Można wyjeżdżać często. Aby załapać się do tego raju trzeba być jedynie osobą pracującą. No i trochę jednak chorą ;)

czwartek, 14 lipca 2016

Przychodzi baba do lekarza


     Odwijam z twarzy piramidalnie zakurzone zwoje, niczym woalkę z muślinu, rozwijam zwoje mózgowe i uśmiecham się bezzębnie: - Kopa lat, Czytacze! Prawie umarłam, ale jednak nie całkiem, więc przyszłam Was postraszyć. 

     
     Grożę kościstym palcem i wołam, że jak nie będziecie ćwiczyć, to Wam się stanie to co mnie! Nie poznaję się w lustrze, gdyż schudłam 20 kilo. Wcześniej przybrałam 12, więc jest mnie mniej niz przedtem. Ale o tych wagowych dywagacjach będzie w którymś z następnych odcinków, bo na pewno chcecie znać mój sekret jak w ciągu 4 miesięcy olśnić otoczenie (choć nie na tyle, by oślepło i całkowicie zignorowało, czy też przeoczyło Waszą metamorfozę, bo to by było bez sensu).
Mianowicie nie poznaję się w lustrze, bo me ciało zwane kapciem odmówiło współpracy na wielu płaszczyznach. Zwłaszcza w przekroju pionowym czyli na osi północ południe  w miejscu nazywanym u mnie teoretycznie odcinkiem z piersiami. Ten odcinek to dla mnie novum, a jednocześnie chorobowe kuriozum.

   


     Doczołgałam się zatem do świątyni zdrowia, przedtem doświadczając swoistego katharsis, gdyż bez przeszkód otrzymałam swój numerek. Numerek z godzinką do odmówienia o 14.50. W poczekalni kolejny szok, ledwo udźwignęłam jego brzemię. Byłam DRUGA! Nie piętnasta, czy nawet siódma! Druga! Hosanna!
     Pani przede mną macha nóżką, założoną noga na nogę. No to zarzucam również, gdyż MOGĘ. A tą pozycją nie cieszyłam się od kwietnia 2011 roku. Jezu, jaka to przyjemność siedzieć z założonymi nogami! Luuudzie. Nie doceniacie tego co możecie. Więc ja siedzę, doceniam i się delektuję pozycją. Mam bardziej opaloną nogę i ładniejszy kolor lakieru, więc mi się trochę poprawia. Niemniej klatka z piersiami jęczy. Mija pięć minut, dziesięć, piętnaście. Pewnie w środku siedzi jakaś babcia i opowiada życiorys od 1944. W szparze pod drzwiami nie migają cienie, nic się nie porusza. Mija kolejne pięć minut. Zza drzwi dochodzi odgłos przybijanych pieczątek. A więc babcia jeszcze dogorywa. Pięć minut kolejnych. Cisza. Chyba umarła.
     
     Tymczasem podczas agonii babci, do poczekalni wchodzi niewiasta i oznajmia, że przywlokła swe truchło na 15.30. Duszę ją w myślach kablem od USG, albowiem nagle spadam na trzecią pozycję. Babcia wewnątrz już nie dycha od kolejnych pięciu minut, pewnie ją kremują. Pól godziny apopleksji tych co na zewnątrz, czyli nas, również przybliża do tego zabiegu. A żeby jeszcze kremowali kremem z botoksem! Ale nie. Na sucho.
     Wchodzi starszawy pan i powiada, że jest na 15.40. Spoglądam na niego, syczę, że ja na 15.50 i bez nerwowych drgań powieki robię mu zastrzyk z bąblem powietrza. Pan beka, a mnie wypycha pod sufit z wrażenia, gdyż uświadamiam sobie, że jestem wszak PIERWSZA! NA 14.50, a nie 15.50! Ha! Alleluja! Z półobrotu otwieram drzwi od gabinetu, a tam... żywej duszy! No, nie licząc lekarki, która zadziwiona brakiem pacjentów z natchnieniem wypisywała zaległe recepty i akty zgonu. 



piątek, 10 kwietnia 2015

Gra wstępna i rozbierane fotki na osłodę długiego oczekiwania ♥

     Minęły dwa miesiące z hakiem, a Wy ciągle czekacie z zapartym stolcem, oczekując mojego zmartwychwstania z łoża boleści, na które rzucił mnie poryw bólu i gwałtowny meander zdarzeń losowych. Zatem moje barwne losy tuż po tym, jak wyginałam ponętnie pupkę w celu wiosennego wabienia Małża, poznacie ździebko później. Trudno. Musicie jeszcze wytrzymać to napierające ciśnienie. Albowiem dzisiaj przedstawię Wam, moi połamańcy, w telegraficznym wręcz skrócie, jakimi wyboistymi drogami zmierzaliście wprost na zarośnięte oralne me łono.



Ścieżki pod Waszymi spikselowaciałymi stopami były pokrętne i tak samo zdrożne, jak Wasze myśli. Przytaczam je poniżej w oryginalnej pisowni, by Was jeszcze bardziej zawstydzić:

-jak wstac z podlogi dyskopatia
-bakterie w oku
-blog oralnej
-co czuł jonasz
-mycie głowy w dawnych czasach
-pierwszy raz oralnie
-szeroka bardzo długa esica
-nie myje głowy 4 dzień
-pupki
-dyskopatia jak ubierac skarpetki buty
-moje przeżycia codziennego dnia

     Wy to jednak macie problemy. Długa esica. Hm. I kto tego szukał? I czego chciał się dowiedzieć bohater, który nie mył głowy cztery dni? Szukał deratyzatora? Porad kosmetyczki? Środka na egzemę? No i pytanie kardynalne: czy znalazł tu odpowiedzi na nurtujące pytania?
Aby z jednej strony nie stracić rzeszy fanów spod znaku różowej chmurki, a z drugiej strony zadowolić ich i pokazać, że ich trud nie poszedł na marne, na końcu umieszczę kilka rozebranych zdjęć. I ażeby podbić blogową rakietą hormony płciowe na wysoki poziom, powiem, że to moje zdjęcia. Co nie będzie się aż tak bardzo mijać z prawdą, gdyż rysy twarzy są nierozpoznawalne, a wręcz nieuchwytne.

     Tymczasem rozciągnijmy ciało, by być przygotowanym na to, co nieuchronne. Proponuję łyczek leczniczej nalewki, w którą zaopatrują mnie Fani. Skończyliśmy z Małżem cytrynówkę z miodem, została jeszcze wiśnióweczka z miodem oraz aroniówka. Możemy sobie zatem biesiadować i miło monologować. Połowy ćwiczeń nie wykonam, ale Savasanę gnę bezbłędnie i w dodatku o każdej porze dnia i nocy.




      I jak tam? Krew buzuje? Hormony grają harmonijnie na harmoszy? No, to na dobranoc obiecane nagie zdjęcia. W końcu od ostatniego postu leżę rozciągnięta na łożu i dyszę ciężko.





     Jeżeli się rozgrzaliście, to utrzymajcie wzwód intelektualny do następnego posta! Dobra?
 Też Was kocham moi Czytacze!


środa, 31 grudnia 2014

W końcu myję Wam głowę!

     Ostatni dzień roku 2014. Roku, który w 7/12 mogę określić jako zmarnowany. Czas, podczas którego wielomiesięczne wakacje pozbawione ćwiczeń przyczyniły się do tego, iż po hucznych obchodach urodzin (patrzajta w notkę poprzednią), jak po gigancie, kręgosłup dopiero po miesiącu wędrówek po bezkresach organizmu wrócił na swoje miejsce, by ponownie spotkać się mniej więcej w osi ciała. Lazy bones.


Ślepo słuchając zaleceń lekarza okulisty osiągnęłam taki oto status quo:

-waga poszybowała w górę (a waga łazienkowa zamieniła się w szklany granulat),
-sprawność, jak dojrzała klapsa, klapnęła w dół,
-męty w oczach, jak były, tak są, mimo zażywanych leków,
-bóle i stetryczenie się zwiększyły,
-morale skarlało,
-libido, jak to libido.

W roku 2015 i kolejnych postanawiam więc słuchać swojego organizmu nieco roztropniej, by nie doprowadzać go do tego, do czego doprowadziłam w za chwilę już minionym. Organizm bowiem łkał: zróbmy wspólnie coś miłego, powyginajmy swe odnóża, gibajmy się! A wyprany mózg, miejscami nawet doprowadzony przez okulistkę do dziewiczego stanu tabula rasa (muszę zerknąć, czy aby nie byłam u okultystki), w te słowa: ty organizmie rozpasany! Basta! Ruch i zadyszka szkodzą nam na wzrok! Żadnych wysiłków, żadnych wygibasów, żadnych napiętych żyłek! Albowiem możemy oślepnąć w każdym momencie! 
 
Tyle, jeśli chodzi o noworoczne postanowienia. Lepiej mało, a realnie.

Jako, że nie lubię wchodzić w Nowy Rok z ciągnącym się za sobą ogonem niespełnionych obietnic, właśnie teraz nadgonię to, co goniłam przez ostatnie miesiące. Obiecany post higieniczny. Tadam.

     W życiu każdego człowieka przychodzi taki dzień, że trzeba umyć włosie.  A w życiu kobiety, które, jak wiemy, sterowane jest wieloma cyklami, te dni przypadają nawet częściej. O, na przykład w Nowy Rok będziecie zmywać brokat i wyczesywać tłuczone szkło i igliwie. Usiądźcie więc wygodnie, strząśnijcie popiół z opalonych rzęs i posłuchajcie gawędy:

     Pamiętam te frywolne czasy, gdy myłam włosy rano, wkładając po prostu głowę do umywalki i to, tu zaskoczenie, bez dekapitacji. Ot, skłon, myju, myju, wyprost i wio.


Jeśli macie na zbyciu trzy kwadranse, to zerknijcie w poniższy link. Dziewczyna myje włosy. Ot, nic nadzwyczajnego. Ale to tylko pozory. Jeszcze nigdy, przenigdy nie widziałam, by ktoś zużywał butelkę szamponu i kilka innych na jedno posiedzenie. I na bogów, tygodniowo robi się z tego mycia kilka godzin wiszenia do dołu głową! Moj rekord długości mycia głowy to jakieś 3 minuty. Fakt, nie mam tak bujnego owłosienia jak ta dziewoja.


I pamiętać trzeba, by sięgnąć po odpowiedni szampon!


Tu od razu przychodzi mi na myśl rysunek Newy z newarysuje.blogspot.com i mój, jakże będący na czasie, tekst:


Wielka pupę mam i basta-
zamyśliła się niewiasta.
Wpadł jej pomysł wielkiej wagi:
dla półdupków przeciwwagi
pchać trza misę- pomyślała
zgięta wpół- i tak została.
Stąd moralik dziś wypływa-
jeśli chcesz pozostać żywa
nie pochylaj się nad misą,
bo, nie dość, że cycki wiszą,
to ponadto w takim stanie
rój dochtorów cię zastanie.
No a wtedy - rzecz wiadoma.
śmiech na sali- TAAAAAKA żona!
- Panie , ona w pałąk zgięta
jest na co dzień, czy od święta?
- W sumie niech już tak zostanie
będzie robić tu za ławę.
- A w pośladkach okrąglutkich
może być stojak na wódki.
Z baby to pożytek zawsze
póki żyje i nie zgaśnie!

Czyż nie miałam prawidłowych skojarzeń? Proszę nie regulować odbiorników! Nie wciskać kombinacji ctrl z minusem!  Mój tyłek naprawdę po Świętach jest taki wielki.


 A na podeszwie widać nawet rozdepnięty makowiec. Jak się kompromitować, to na całego.

Jak to u mnie wygląda teraz?
 Aby umyć głowę, należy nabożnie uklęknąć na dwa kolana. Nie, jak to w kościele widać, jakieś męczeńskie pozy - ni to skłon, ni to przykucnięcie, jakieś paralityczne skłony na wygiętych kończynach, z miną wielce cierpiętniczą. Klękamy, rzucając się obunóż na kolana. A najważniejsze, by klatkę z piersiami zdeponować na czymkolwiek. Najwygodniej na rancie wanny, jak widać na załączonym obrazku, ale może być to też gołe udo męża czy koleżanki, jak wolimy. Ważne, by górna połowa ciała opierała się, by nie dźwigał jej napięty kręgosłup - tu najbardziej cierpi odcinek lędźwiowy. A my mu przynosimy ulgę.


Zdjęcie z profilu, na którym widać nie tyle zdeponowane piersi (powiedzmy sobie prawdę - bez bluzki ich też nie widać), ile odcinek kręgosłupa, jaki podpiera wanna. I tu uprzedzę liczne pytania - nie, kot nie jest niezbędny do tego procesu, aczkolwiek znakomicie zagaja rozmowę, grzeje nerki i podaje szampon.

I to by było na tyle. Proste, a genialne. Pod warunkiem, że pod dachem mamy zaufanych ludzi.



Ha i zdążyłam umyć głowę w tym roku! Zostało jeszcze 3 godziny w zapasie!

Jako, że życzenia świąteczne były na pierworodnym Skorpionie w rosole, życzenia noworoczne będą na drugorodku.

Kochani!
 ♥
Nie dajcie się ZUSowi, nie dajcie się chorobom!
 Bo wiecie, jakie zmiany czekają nas w 2015 - skierowania do okulisty, skierowanie do dermatologa, o mało co nie byłoby skierowań do ginekologa. Teraz, wybierając się do lekarza rodzinnego, trzeba brać z sobą krzesełko wędkarskie, krzyżówki, albo i wałowkę na cały dzień. Może wrócą komitety kolejkowe?
Żyjcie, na przekór rządowi dwieście lat i to w zdrowiu, bo wiecie:


środa, 10 września 2014

Może trochę przedwcześnie, ale będzie o wózkach inwalidzkich.

     Dzień drugi mija nieubłaganie, odkąd spoczywam na marach. Ciałem mym wstrząsają gorączkowe dreszcze, bynajmniej nie z pożądania, a jak już, to skierowane ku poduszce elektrycznej. Między nami zawsze iskrzy pod kołdrą! Temperatura mego zewłoka przeszła granice zdrowego rozsądku. Z trzech strategicznych otworów w czaszce wypływa mi ciecz tak odrażająca, że spuszczę na nią kotarę z chusteczek. Mam bowiem w szerokim wachlarzu niedyspozycji, o sardoniczny Losie, alergię na toksyny bakteryjne. Wystarczy, że załapię katar (tym razem uprzejmie doniósł Mat), a wikła się dwa tygodnie, powodując ból głowy, gardła, zębów, oczodołów. W tym przypadku ulgę przyniosłaby dekapitacja.
Ale nim pogrążę się całkowicie w malignie i zanim kaszel wygeneruje takie ciśnienie śródczaszkowe, że wystrzeli mi ciemię w sufit, pozwólcie, że dzisiaj zrobię furorę. Opowiem Wam bowiem o najlepszej imprezie, w której uczestniczyłam ever. Wspomnienie to, nie tyle mgliste, co przykurzone, odzyskało swe nasycone barwy i soczystość po lekturze postu Kruszyzny "Coś do zabawy? Wózek inwalidzki!" KLIK!

super_zabawka
fot. z ww postu na Dzieciowo mi!

Zanim zacznę rozwijać ten sparciały sznurek z zaśniedziałego uzwojenia, naszkicuję rys historyczny procesu swojej integracji z częścią społeczeństwa zwaną niepełnosprawnymi. W życiu bym tak nie pomyślała o swoim Dziadziusiu Eugeniuszu, o którym czytaliście TUTAJ. Mój Dziadziuś nie miał nogi, miał za to protezę z pięknym wypastowanym butem w kolorach brązu, z lekkim maźnięciem wiśni przy szwach.  Prócz tego miał cukrzycę i aplikował sobie sam w tę nogę zastrzyki z insuliny. Czasem chodził o kuli, czasem o dwóch, a czasem podpierał się laską.
     Idąc tym tropem dalej, od urodzenia żyłam wśród pacjentów, strzykawek, igieł wielorazowego użytku, fiolek, ksiąg medycznych, grubaśnych, a mądrych. Całym kramem nieożywionym zarządzała Babcia, która sterylizowała wszystko w srebrnych autoklawach przecudnej urody. Na jednym palniku strzykawki, zaraz potem kompot.
     W suterenie naszej willi mieszkał Pan Welter, który miał sztuczną rękę. Ręka była ukryta w czarnej rękawiczce, druga, oparta była zawsze na lasce, ponieważ Pan Welter z racji wieku był również chromy. A wszyscy oni moczyli swe sztuczne zęby w szklankach. Obok, na działce mieszkał również pan bez dłoni (i tu również czarna skórzana rękawiczka!).
     Nie pomyślałabym jako o inwalidce o Babci Innej (tym z lekka szokującym mianem ochrzcił mamę Taty mój brat we wstydliwych czasach dziecięctwa, gdy nie potrafił jeszcze wypróżnić się samodzielnie).  Babcia Inna była po podwójnej mastektomii i pokazywała mi swoje protezy. Były to takie śmieszce koszyczki. Obecnie Jej córka, a moja Matka Chrzestna, jest również po mastektomii oraz po kilkunastu innych operacjach. (Trochę jestem obciążona genetycznie, co?) I również szprycuje się insuliną. Z ta różnicą, że w brzuch.
    Moja inna Ciocia jest 22 lata po wylewie. Pękł tętniak. Ma niedowład prawej połowy ciała, chodzi o kuli, ma szynę na nodze i afazję. A serdeczna koleżanka Taty nie miała policzka, tylko wyrwę zrobioną odłamkiem bomby. Uśmiech miała na drugim policzku. Tata nazywał ją Krycha Spirytuśnica; z bratem przez wiele lat zastanawialiśmy się nad genezą tej kolorowej ksywki, nie czując nigdy z policzkowych ust Krychy woni alkoholu. Okazało się, że jest ona szefową działu, w którego podziemnych, krętych lochach przechowywany był m.in. spirytus potrzebny do herbapolowskich leków.
A przyjacielem Taty był Staszek Makowski. Staszek był przemiły, ale straszliwie się jąkał. Podczas przyjęcia urodzinowego u niejakiego Hipolita, Staszek wzniósł kielich i zwraca się do kolegi:

- Hip... Hip...Hip..

-HURRA!!!! - wypala Tata.

     Zapomniałam dodać, że w mojej rodzinie byli ludzie bardzo grubi, mali, wysocy, z okularami, sztucznymi zębami, caaaaały przekrój. I cztery rodzaje wymawiania R (tu śmiem wysunąć hipotezę, że jest to uwarunkowane genetycznie, nie środowiskowo)

     Tak więc dopiero w wieku późniejszym dowiedziałam się, że są to ludzie NIEPEŁNOSPRAWNI. Hm. Niech mi który sprawny robi taki obiad, jaki potrafiła zrobić moja Babcia! Albo i sweter na dwunastu drutach! Albo niech tak pięknie maluje jak Ciocia! Niepełnosprawni! Pf! A to dobre sobie! Hhahahaha. Niepełnosprawna to jestem ja, łamaga, która przypala bigos!
      W szkole podstawowej była jedna dziewczynka z achondroplazją, druga bez palca wskazującego. Pierwsza grała na pianinie.
     To my jesteśmy niepełnosprawni, my wszyscy. Bo ludzcy. Kto jest super we wszystkim? Co?


     Po tej dygresji, przenieśmy się we wczesne lata 90-te. Z moim narzeczonym, wspomnianym Mareczkiem, postanowiliśmy odwiedzić jego największego przyjaciela, Picia. Piciu, nie wiem jakim cudem, był stróżem nocnym w ośrodku rehabilitacyjnym dla dzieci. Nie pamiętam, czy zadzwoniliśmy po koleżankę, czy od razu z nią pojechaliśmy do ośrodka, niemniej dojechaliśmy. I oczom naszym ukazał się raj dla fizjoterapeutów. Piłki, drabinki, wózki, wanny z hydromasażem! Urządziliśmy sobie na sali gimnastycznej jazdę na wózkach i wózkowy mecz piłki ręcznej. Uprzedzę pytania - byliśmy trzeźwi jak świnie. Piciu i długowłosy Mareczek mieli po blisko 2 metry wzrostu i łapy jak łopaty o zasięgu 4m, co nadawało scence rys jeszcze bardziej komiczny. Impreza wszech czasów. Z nocną kąpielą w jaccuzzi.

***

A najgorsze z najgorszych jest to, że pisząc tego posta, jem delicje i nie czuję ich smaku! Sadyzm i niepełnosprawność!


niedziela, 31 sierpnia 2014

Przechodzimy do ćwiczeń właściwych

     Dochodzą do mnie niepokojące wieści, jakoby pacjenci się trochę zniecierpliwili moją tu nieobecnością, do tego stopnia, że, cytuję: powyjmowali sobie szczęki  i piaskiem z kieszeni szorują, bojąc się wyjść z poczekalni do domu, żeby Pani Doktor nie przegapić! No ja nie wiem, co za duch w narodzie! Do specjalisty to się czeka moi mili miesiącami, a tu nawet jeden jeszcze nie minął! Każdy by tak chciał, że codziennie do innego lekarza, a to recepta, a to lek, no jeszcze czego? Może w główkę cmokać? No luuuudzie! Tu się poważnie choruje, a Wy zachowujecie się, jakbyście NFZetu nie znali! Rozgrzewkę mieliście robić! A rozgrzewki nie robi się w 5 minut, dlatego zostawiłam Was, żebyście solidnie się rozgrzali! 40 stopni było i to nie pod pachą!

Jak wiecie ze Skorpiona w rosole, byliśmy w górach. Raptem cztery dni, ale sukcesów podczas wojaży było mrowie! Pierwszym z nich było to, że nie walnął mi kręgosłup! Glorija! Drugim było to, że nie utonęliśmy w wezbranych potokach. Trzecim i nie ostatnim było to, że uniknęliśmy rażenia piorunem. Tym razem chybiło i łupnęło w drzewo u sąsiada. Ostateczną chwałą oblekliśmy się zdobywając Gubałówkę (1120m n.p.m) od południowego stoku. Małż już w przeddzień zaczął pakować prowiant, traperki z rakami, namiot, kocher i małą butlę gazową. Pech chciał, że od tej strony kursowały wagoniki.

     Dobra, to ja już się rozgrzaliście, to nie traćmy czasu, bo jeszcze mi tu ostygniecie zbytnio, a niektórzy, najwięksi symulanci, gotowi są pójść o krok dalej i ostygnąć na wieki wieków.  A potem to już tylko można bawić koronera i zbierać do czapki od ZUSu. A słyszał kto, żeby ZUS dawało czapki? Bo do czapki to już w ogóle.

Przechodzimy zatem płynnie do gimnastyki.
Dzisiaj polecę Wam kilka ćwiczeń, które, jak zwykle tutaj, mają drugie, ukryte dno. Nie odkryję Hameryki, jesli powiem Wam, że będziemy piec ponownie dwie pieczenie w jednym piekarniku. Jako, że pogoda jeszcze sprzyja wentylacji płuc świeżym powietrzem (mieszkańcy Śląska mogą wykonywać je w domu nad doniczką z paprotką), proponuje się co następuje:


     Wymachy odnóży ze zraszaniem grządek najlepiej wykonywać na boso - raz, żeby nie ochlapać obuwia, dwa, znane były przypadki, kiedy obcas utknął w sitku konewki. Precedens miał już miejsce jakiś czas temu, skąd powędrował na wybiegi największych modowych marek. Zazwyczaj takie pokazy to efekt takich faux pasów i nocnych popijaw. A potem tacy kreatorzy usiłują nam wcisnąć płaszczyk z guzikiem na plecach i żabotem.
Nie muszę chyba mówić, że machać odnóżami trzeba naprzemiennie? Ćwiczenie można wykonywać w marszu, w drodze do sklepu. W drodze powrotnej do ćwiczenia dokładamy element wytrzymałościowo-siłowy w postaci zakupów po 10 kilo na każdą rękę. W konewce można donosić piwo mężowi, a w rękach reklamówki z kurczakami z rożna i peklowaną golonką.

 


     Ćwiczenie drugie polega na obustronnym unoszeniu odnóży krocznych i zataczaniu nimi łuków w taki sposób, by ze skoszonej trawy powstały foremne kupki siana. Ćwiczenie to zalecane jest zaraz po odzyskaniu przytomności i po omdleniach, bowiem unoszenie nóg pobudza cyrkulację krwi w arteriach. Należy pamiętać, by wykonywanie tego typu ćwiczeń odbywało się w odpowiednim stroju. Odpowiednim, a więc rzucającym się kolorystycznie w oczy (zalecana jest odzież neonowa, pod warunkiem, że nie padło się w jaskrach), najlepiej, by nie była to tak lubiana przez sportowców odzież typu dry fit, ponieważ znalezienie delikwenta w tak przewiewnej odzieży jest po kilku upalnych dniach niemożliwa. Zalecane są poliestry starego typu (po kilku dniach tworzy się kolorowy balon nad miejscem spoczynku napęczniały od gazów lżejszych, acz smrodliwszych od powietrza), a także wszelkiego rodzaju kresze (przy rozszarpywaniu ciała przez dziką zwierzynę odzież emituje donośne dźwięki).



Ćwiczenie trzecie polega na miarowym uderzaniu urządzeniem napędzanym ręcznie, a które powoduje eksodus roztoczy domowych. Ruchy wykonujemy energicznie, naprzemiennie, przy każdym wymachu klękamy na kolano naprzeciwległe i ubijamy ziemię pod młodymi źdźbłami trawnika. Ćwiczenie wykonuje się najlepiej w obuwiu typu szpilka, podwyższając stopień aeracji trawnika. Gdy waga nasza wynosi powyżej 90kg, można zaryzykować już brak wałowania. 


     Po zakonczeniu gimnastyki (prawda, jak szybko to zleciało? A mówicie, że 15 minut ćwiczeń to wieki!), możemy juz oddać się samym przyjemnościom! No, to ja lecę na deskę!
 

I żeby nikt mi tu nie zasłaniał się, że kule, że brak nóg, że go boli, albo, że ma zwolnienie z WF-u!




I zbiórka za 3 tygodnie!* W tym samym miejscu o tym samym czasie! Kręgosłup Oralny ma bowiem roczek!


*coś koło tego, wszak godzina umówionej wizyty w gabinecie jest czasem orientacyjnym.