początek września 1998...
Tarabanię się na górę greckich bóstw, wchodzę noga za nogą, staram się nie potknąć o kamienie i nie wyrżnąć siekaczami w gołoborze. Nachylenie stoku wymusza na mnie pozycję kobiety dźwigającej chrust. Śródziemnomorskie słońce sadystycznie wysysa ze mnie wszystkie soki, ale myśl, że za chwilkę uzupełnię ujemny bilans płynów trzyma mnie jeszcze po jasnej stronie świadomości. Na szczycie zapewne czeka na mnie cudny Apollo z kieliszkiem nektaru, a Zeus uklepuje już miękką chmurkę pod zadek.
Aż w końcu - w znoju, trudzie i oparach absurdu zjawiam się na szczycie Olimpu. Jestem Królową Świata! Udało się, na Zeusa, udało mi się!
Dookoła gaje oliwne w niebieskozielonym zamszowym kolorze, otoczaki skąpane w słońcu, pocięte ścieżynkami pola, a na horyzoncie majacząca koronka gór. Widok zapiera dech w piersiach.
A tydzień wcześniej...
- Mamino, dalej, bierzemy ten stół i niesiemy! Hoooł siup!
Akcja trwała jakieś 0,75 sekundy, tyle, ile wędrówka impulsu nerwowego pokonującego drogę z lędźwi do mózgu i z powrotem. Poczułam taki ból w krzyżu, jakiego nie czułam nigdy wcześniej. Dosłownie złamał mnie na pół, jak scyzoryk. Nie wiem już jak udało mi się dowlec do łóżka. Ból przeszywał nie tylko plecy, ale biodra i miednicę. Coś na kształt raptownie wbijanej długiej igły, jak bor stomatologiczny zahaczający o nerw zęba. Przeszywający i odbierający zmysły. Wylądowałam na neurologii. (Jak kilka razy później się okazało, z kręgosłupem zawsze ląduje się na neurologii, nie na ortopedii.) W izbie przyjęć badania- rtg, opukiwanie młoteczkiem, sprawdzanie odruchów nerwowych. Wszystko ok, jak się okazało. Miły pan doktor wypisuje recepty i zalecenia.
- Zastrzyki, jakieś 10 dni i powoli będzie Pani chodzić.
- Jakie zastrzyki, panie doktorze! Ja za kilka dni wyjeżdżam na objazdową dwutygodniową wycieczkę po Grecji kontynentalnej i Peloponezie! Ja muszę być na chodzie, nie ma takiej możliwości, żebym odwołała wyjazd i nie ma możliwości, bym aplikowała sobie zastrzyki w autokarze!
Lekarz podrapał się po głowie, spojrzał zza okularów i kręcąc głową wypisał receptę na tabsy. Standard- Majamil, Sirdalud. Kilka dni później siedziałam już w autokarze - prosto jak Nefretete. I tak przez dwie doby i na dokładkę trzecią dobę na promie. Walizę targał Małż, był to nasz pierwszy wspólny wyjazd i od tej pory - od roku 1998 po dziś dzień jest on głównym bagażowym, kierowcą i tragarzem. Dlatego też 4 i 8 lat później urodziłam sobie synów, a nie córki ;) Ale porody to już inna historia, tu również będzie wesoło ;)
I tak oto, w nader spektakularny i burzliwy sposób, objawił się początek mojej choroby. na razie tylko jednej - ave, Dyskopatio, moja siostro syjamska!
wrzesień 2013...
Pisze do mnie serdeczna koleżanka, którą czeka wejście na Olimp, ma obawy, trochę się denerwuje, czy da radę. Ja Ją uspokajam słowami, że jak ja dałam radę w takim stanie, to Ona wbiegnie na ten pagórek z lekkością kozicy, pół godzinki i po sprawie.
I w tym miejscu wszystkie opowiastki zazębiają się. Szukam zdjęcia, na którym siedzę na dachu Grecji. Zziajana, dumna i blada, że udało mi się (mnie oraz grupce emerytek) zdobyć Olimp. Wertuję kartki albumu, wertuję, jest! Zdjęcie, o które mi chodziło. Ale co to? Jak to? Gdzie Olimp? Gdzie strumienie ambrozji? Pod fotografią podpis stoi jak wół: "Akrokorynt - wysokość 575m n.p.m."
Myślę, że oto nadeszła pora, by zwiększyć dawkę lecytyny i dorzucić Geriavit.
Dorotko - pardąsik za drobny błąd. Wszak przez wszystkie lata byłam przekonana, że byłam na Olimpie. (Małż oczywiście też jest przekonany do tej pory, że był na Olimpie, ale pomylił Olimp z Olimpią). Ale powiedz, że dzięki mnie nie bałaś się wejścia na te prawie 3 tysiące metrów, prawda? Podczas podejścia, w ciągu tych 6-ciu godzin mordęgi i prucia mięśni przy kości, myślałaś zapewne wtedy o mnie, że skoro renciści i pandeMonia na lekach mogła, to Ty tym bardziej! ;)
Ale uwierz, dla mnie to było jak zdobycie Olimpu i K2 razem wziętych ;)
Tarabanię się na górę greckich bóstw, wchodzę noga za nogą, staram się nie potknąć o kamienie i nie wyrżnąć siekaczami w gołoborze. Nachylenie stoku wymusza na mnie pozycję kobiety dźwigającej chrust. Śródziemnomorskie słońce sadystycznie wysysa ze mnie wszystkie soki, ale myśl, że za chwilkę uzupełnię ujemny bilans płynów trzyma mnie jeszcze po jasnej stronie świadomości. Na szczycie zapewne czeka na mnie cudny Apollo z kieliszkiem nektaru, a Zeus uklepuje już miękką chmurkę pod zadek.
Aż w końcu - w znoju, trudzie i oparach absurdu zjawiam się na szczycie Olimpu. Jestem Królową Świata! Udało się, na Zeusa, udało mi się!
Dookoła gaje oliwne w niebieskozielonym zamszowym kolorze, otoczaki skąpane w słońcu, pocięte ścieżynkami pola, a na horyzoncie majacząca koronka gór. Widok zapiera dech w piersiach.
![]() |
| Zdjęcie zdjęcia, więc pardon za jakość i fragment wykładziny dywanowej. I, jak widać- mój awatar nie kłamie ;) |
- Mamino, dalej, bierzemy ten stół i niesiemy! Hoooł siup!
Akcja trwała jakieś 0,75 sekundy, tyle, ile wędrówka impulsu nerwowego pokonującego drogę z lędźwi do mózgu i z powrotem. Poczułam taki ból w krzyżu, jakiego nie czułam nigdy wcześniej. Dosłownie złamał mnie na pół, jak scyzoryk. Nie wiem już jak udało mi się dowlec do łóżka. Ból przeszywał nie tylko plecy, ale biodra i miednicę. Coś na kształt raptownie wbijanej długiej igły, jak bor stomatologiczny zahaczający o nerw zęba. Przeszywający i odbierający zmysły. Wylądowałam na neurologii. (Jak kilka razy później się okazało, z kręgosłupem zawsze ląduje się na neurologii, nie na ortopedii.) W izbie przyjęć badania- rtg, opukiwanie młoteczkiem, sprawdzanie odruchów nerwowych. Wszystko ok, jak się okazało. Miły pan doktor wypisuje recepty i zalecenia.
- Zastrzyki, jakieś 10 dni i powoli będzie Pani chodzić.
- Jakie zastrzyki, panie doktorze! Ja za kilka dni wyjeżdżam na objazdową dwutygodniową wycieczkę po Grecji kontynentalnej i Peloponezie! Ja muszę być na chodzie, nie ma takiej możliwości, żebym odwołała wyjazd i nie ma możliwości, bym aplikowała sobie zastrzyki w autokarze!
Lekarz podrapał się po głowie, spojrzał zza okularów i kręcąc głową wypisał receptę na tabsy. Standard- Majamil, Sirdalud. Kilka dni później siedziałam już w autokarze - prosto jak Nefretete. I tak przez dwie doby i na dokładkę trzecią dobę na promie. Walizę targał Małż, był to nasz pierwszy wspólny wyjazd i od tej pory - od roku 1998 po dziś dzień jest on głównym bagażowym, kierowcą i tragarzem. Dlatego też 4 i 8 lat później urodziłam sobie synów, a nie córki ;) Ale porody to już inna historia, tu również będzie wesoło ;)
I tak oto, w nader spektakularny i burzliwy sposób, objawił się początek mojej choroby. na razie tylko jednej - ave, Dyskopatio, moja siostro syjamska!
wrzesień 2013...
Pisze do mnie serdeczna koleżanka, którą czeka wejście na Olimp, ma obawy, trochę się denerwuje, czy da radę. Ja Ją uspokajam słowami, że jak ja dałam radę w takim stanie, to Ona wbiegnie na ten pagórek z lekkością kozicy, pół godzinki i po sprawie.
I w tym miejscu wszystkie opowiastki zazębiają się. Szukam zdjęcia, na którym siedzę na dachu Grecji. Zziajana, dumna i blada, że udało mi się (mnie oraz grupce emerytek) zdobyć Olimp. Wertuję kartki albumu, wertuję, jest! Zdjęcie, o które mi chodziło. Ale co to? Jak to? Gdzie Olimp? Gdzie strumienie ambrozji? Pod fotografią podpis stoi jak wół: "Akrokorynt - wysokość 575m n.p.m."
Myślę, że oto nadeszła pora, by zwiększyć dawkę lecytyny i dorzucić Geriavit.
Dorotko - pardąsik za drobny błąd. Wszak przez wszystkie lata byłam przekonana, że byłam na Olimpie. (Małż oczywiście też jest przekonany do tej pory, że był na Olimpie, ale pomylił Olimp z Olimpią). Ale powiedz, że dzięki mnie nie bałaś się wejścia na te prawie 3 tysiące metrów, prawda? Podczas podejścia, w ciągu tych 6-ciu godzin mordęgi i prucia mięśni przy kości, myślałaś zapewne wtedy o mnie, że skoro renciści i pandeMonia na lekach mogła, to Ty tym bardziej! ;)
Ale uwierz, dla mnie to było jak zdobycie Olimpu i K2 razem wziętych ;)
***
Polecam lekturę komentarzy, stanowią one przedłużenie postów :) Mirabelko - tyś chwat!
