piątek, 17 listopada 2017

Sanatorium

     Obiecałam Wam, że będę okrutna i będę Was raczyć opowieściami o sanatorium. Dzisiaj tę groźbę spełnię, ale ubiorę ją w śpioszek opowiadania, bo chciałam zdać relację, ale mnie zniosło. Co tam relacje! I tak jak piszę prawdę, to brzmi jak kryminał albo komedia i mi nie za bardzo pewnie wierzycie. Cóż! Taki los artysty. Zatem zróbcie sobie herbatkę z pigwowcem, marchewki do podgryzania, chleb z mortadelą i jedziemy! Goooooooł!

I jeszcze wierszyk:

Do sanatorium zjeżdżają umrzyki,
co ledwo powłóczą nogą,
w kolejce stoją dziś same pryki,
co łyżki utrzymać nie mogą.

Ile masz lat, stareńka babino
pytam ja panią w niebieskim.
Pani mi mówi ze skrzywioną miną
mam ich, o raju, trzydzieści!

Po trzech tygodniach, nie uwierzycie
tłumek się bardzo zmienił:
we wszystkich nagle wstąpiło życie,
bo stan pań się nagle odmienił :)

 

- Jak to nie ma wolnej jedynki?! - prawie zemdlałam, kiedy służbowy ciepły alt wypływający gdzieś spod recepcyjnego kontuaru sanatorium "Nenufar" przebił mi się do uszu przez nasączone Amolem kulki z waty, po czym wkręcił się boleśnie w bębenki. Ledwo ustałam, trzymając się blatu, wykończona całodzienną, ale zwycięską walką toczoną z PKP na wielu frontach Polski, począwszy już od linii demarkacyjnej Warty, a skończywszy na rozgrzebanym dworcu w Międzyzdrojach, dlatego marzyłam już tylko o tym, by złożyć swoje kości i poliwęglanową protezę nogi w ustronnym i cichym miejscu. Za mną ustawiali się już inni chętni do zagarnięcia komfortowego lokalu, więc skrzypnęłam złowieszczo kolanem, co zawsze robi mocne wrażenie i opanowując czerwoną mgłę przed oczami, wbiłam grube szkła krótkowidza w stojącą za kontuarem maleńką, śliczną brunetkę o aparycji ekskluzywnej hostessy, a to już samo w sobie wystarczyło, żeby mnie bardzo zirytować.
- Proszę pani - syknęłam na wydechu, uśmiechając się kwaśno - ja tu przyjechałam wypocząć! Czy zdaje sobie pani sprawę, jak heroicznego wysiłku wymagała ode mnie sama podróż tutaj? Pomijam już nawet sam fakt konieczności poddania się oględzinom kwalifikującej do tutejszego sanatorium komisji lekarskiej, która z niemą satysfakcją przegania człowieka po gabinecie w samej bieliźnie i ćwiczy jak rasowego kuca na padoku. - Tu musiałam przerwać wywód i przymknąć oczy, by policzyć do trzech i uspokoić drżenie lewej brwi na samo wspomnienie tego żenującego spotkania i otulającego go anturażu. A potem już poszło lawinowo. Jednocześnie z liczbą "trzy" lotem błyskawicy przemknęły mi przez głowę inne, acz równie bolesne wspomnienia, uwalniając w niej echem bełkotliwy głos dworcowego megafonu oznajmiający o trzygodzinnym(!) spóźnieniu pociągu i możliwych utrudnieniach w emisji sygnału wifi. Pamiętam to tak wyraźnie, bo to był dokładnie ten moment mojego życia, w którym stałam się agnostyczką w kwestii boskości trójki. Za to sygnał wifi jest mi całkowicie zbędnym, bowiem w domu posługuję się niezawodnym arsenałem sygnałów niewerbalnych i kilkoma wyuczonymi komendami wygrywanymi na myśliwskiej sygnałówce zięcia. Potrafię też nadać lampką nocną sygnał SOS, na co niestety domownicy przestali reagować już po trzecim (!) razie, kiedy to najpierw zachciało mi się kabanosa, potem delicji szampańskich i na końcu podania pilota. Pominę też przykry fakt, że pociąg był nieogrzewany (tak, mój wagon miał numer trzy) i to, że osobie ze schorzeniami narządu ruchu ZUS powinien każdorazowo przydzielać osobistego szerpę, by dokonywał niemożliwych dla chorego bohaterskich czynów polegających na uniesieniu walizki nad głowę i wtłoczenie jej pod sufit, do przegródki wielkości chlebaka. Wszak samemu nie ma co strugać heroicznego Atlasa. No chyba, że atlas anatomii, ze szczególnym uwzględnieniem osteologii i terapii manualnej ordynowanej w pakiecie z przystojnym fizjoterapeutą.
Rozglądam się i widzę, że za mną przed sanatoryjnym kontuarem rośnie ogonek. Z wyższością łypię na nerwowo cmokającego na mnie rumianego mężczyznę odzianego w jesionkę na watolinie z lat siedemdziesiątych i już wiem, że musi być on wieczny, więc chyba da radę odstać jeszcze te kilka minut. Za cmokaczem kiwają się na wysokich obcasach jakieś blond lafiryndy z lordozą i sztucznymi rzęsami, które przykleja się pewnie pół doby, więc one też zdołają odstać jeszcze kilka chwil, zanim rozpłyną się w basenie z solanką. Za lordozami pręży się dumnie wyprostowany młokos lat pięćdziesiąt i dalej jakiś garbus z laseczką, którego od razu pewnie naprostuje żelaznoręki masażysta. Chryste! Sami symulanci.
W recepcji robi się na tyle ciepło, że muszę uwolnić się z wielkiej  kremowej puchówki, która spowija me boskie kształty od góry do dołu jak kokon jedwabnika, dzięki czemu kojarzę się miło z puchatą maskotką Michelin. Ale to tylko pozory. W moich żyłach płynie rozpuszczony w adrenalinie testosteron, dzięki którym recyklinguję energię z rozpadu opony na brzuchu do glukozy.
- Proszę Pani - ciągnę nieustępliwie, - bardzo proszę o sprawdzenie, ja na pewno jestem ujęta na liście do aneksji jedynek. Tutaj również przyjechałam pierwszą klasą,więc sama pani rozumie - poprawiam wymownie apaszkę, wysuwając na wierzch metkę z dużym napisem YSL. (Ale, że to tania podróba za dwieście, wiem tylko ja).
- Przykro mi - rozkłada ręce brunetka. Mało tego, że ładna, to jeszcze o seksownym głosie, więc mam ochotę natychmiast udusić ją kablem od drukarki, zrolować w dywan i porzucić w schowku na szczotki. Liczę więc do trzech, z pominięciem feralnej trójki. Równocześnie postanawiam kupić więcej Neospasminy i środków na obniżenie ciśnienia.
Z obrzydzeniem odbieram z jej ręki klucz od dwójki, uważając, by nasze palce się nie spotkały. Ciągnę swoją ciężką, chorą nogę po wykładzinie, zostawiając po sobie kreskę jak ślimak. Wjeżdżam windą na trzecie(!) piętro i otwieram pokój. Siedzi na łóżku. Cholera jasna, jaka ta baba jest wielka! Jak tur. Pewnie może zmieścić w sobie balon wina i to bez opróżniania go.
Kładę się i ledwo mogąc podnieść nogę, opieram ciężką jak grzech protezę o kaloryfer. Brzęk pełnych butelek dochodzących z jej wnętrza zwraca uwagę współlokatorki i wywołuje na jej twarzy błogi uśmiech. Szlag by to. Na nas dwie nie wystarczy. W końcu to aż trzy tygodnie!

wtorek, 31 października 2017

Przychodzi baba do rakarza 3

     Po odzyskaniu świadomości, która wróciła gdzieś tak dobę po opuszczeniu gmachu ZUS, odbyłam rozmowę z przyjaciółką, po której uzmysłowiłam sobie dzięki Jej wydatnej pomocy jedno - nigdy, przenigdy nie pojawiaj się w ZUSie w krótkiej sukience, która opływa twe boskie kształty niczym klepsydrę! Chyba, że nosisz na podorędziu stosowne utensylia, których użyjesz - wór zgrzebny, najlepiej nieprany i zżarty przez mole oraz drewniane saboty. Wór taki musi być obszerny, by skutecznie skryć gibkość i opaleniznę, niestety, zgrabnych nóg. Na głowę należy włożyć sfatygowany słomkowy kapelusz z obwisłym rondem i powyciąganymi słomkami, który skryje makijaż i uśmiech ze zdrowym, równym uzębieniem. Najlepiej powłóczyć nogą albo ją sobie już na schodach profilaktycznie odciąć tępym scyzorykiem, ale i tak ZUSusy najprawdopodobniej pozostaną niewzruszone.

- Bo do ZUSu, naucz się, moja droga raz na zawsze, to przychodzi się jak bida z nędzą. A nie tak, jak Ty - ubrana, umalowana i golden-brown. - rzecze przyjaciółka.


Psiakrew, za późno dowiaduję się takich rzeczy. Wszak to mój debiut. Kobyłka u płota, trzymam już bowiem w ręce orzeczenie, w którym... Ach! Wy nie wiecie po cóż ja się tam wybrałam! Oświecę Was zatem, bo gra warta świeczki i ogarka. Nie będę skrywała tej słodkiej tajemnicy. Ale to za chwilę.

    To, co mnie badało pod postacią kobietona, było, jak się okazało, jednoosobową komisją. Badanie polegało głównie na pomiarze wagi, wzrostu (w staniku i majtaskach). Należało położyć się, nogi w górę. Skłon - nie zrobię, odmówiłam, bo jak zrobię, to jedynie raz i zostanę tu na kozetce na wieki, a zamykają ten przybytek o 15. Zostawiona sama po 15 mogłabym przecież ukraść wszystkie papiery, oddać je na makulaturę i zbić taki majątek, że spokojnie starczyłoby na wycieczkę do Panamy i z powrotem, a nawet na kieszonkowe. A ja może nie chciałabym wrócić i co?




     Bezpośrednio po badaniu nastąpiło orzeczenie, a po orzeczeniu werdykt. Jak szybko! W ręce trzymałam SKIEROWANIE. Wybrałam się tu bowiem po skierowanie do sanatorium, proszę sobie imaginować. Ale co ja paczam, co ja czytam?! Skierowanie, owszem,  ale do uzdrowiska... w centrum mego miasta. Dodam, że miasta ze spaliną, wyziewem kominowym z rzeką z ołowiem, rtęcią i gumową płocią. O jacie! Całe 20 minut drogi tramwajem ode mnie! Ależ odpocznę!. Rano w znoju i zawierusze do tramwaju, by odbyć sześc zabiegów i pobieżyć do domu odwalić całą robotę domową plus pisaninę. O noł noł noł.
Napisałam szybciorem odwołanie, które skutkowało wypuszczeniem mnie do sanatorium nad morzem. Ba, sanatorium. To było SPA! 24 dni, zabiegi 6 dni w tygodniu, zajęcia z relaksu, z dietetyczką, jaccuzzi, pełen wypas!* Ale o tym następnym razem!

* Sanatorium z ZUS, czyli tzw rehabilitacja lecznicza w ramach prewencji rentowej w odróżnieniu od NFZ znacznie się różni - na termin czeka się 1-2 miesiące, a nie kilkanaście, turnus trwa 24 a nie 21 dni, jest więcej zabiegów, także w soboty, są zajęcia zbiorowe, m.in. z psychologiem - relaks, muzykoterapia, mobilizacja do pracy. Wyjazd jest całkowicie bezpłatny, zwracają pieniądze za dojazd. Można wyjeżdżać często. Aby załapać się do tego raju trzeba być jedynie osobą pracującą. No i trochę jednak chorą ;)

sobota, 25 lutego 2017

Jak to się dzieje, że po owocach czujemy się zdrowsi?

     Kolejny raz sprawdza się ludowe porzekadło, że jak trwoga to na bloga.

     Wiem, Drodzy Czytacze, wiem, mamy tu pewne zaległości do odrobienia. Jako zapiekła sklerotyczka, zacznę od rzeczy najświeższych, póki je pamiętam, bo inaczej demencja pochłonie mnie w całości, a tak, to chociaż trochę moich myśli zachowa się dla zstępnych. Co prawda marny to spadek po mnie na razie, ale kto wie, kim będę jak dorosnę? Sława za człowiekiem wlecze się bowiem dłużej niż zapach naftaliny, a jak długo wietrzy się futra po prababce, to my, pokolenie 70, wiemy.

     Zdarzyło się wczoraj, że wieczorowa porą zapragnęłam aplikacji banana drogą doustną. Jako, że me grzeszne, a ponętne ciało spoczywało w tym czasie na kanapie, a górna jego część pochłonięta była Sztuką, która wypływała z mózgu do komputera za pośrednictwem paluszków, więc była niebywale zajęta (impuls o chętce na banana torował sobie drogę blisko godzinę, zanim został rozszyfrowany), więc nie zwlokło się ono samodzielnie po owoc, tylko wyżebrało go u pierworodnego. Pierworodny, którego cechuje wrodzone lenistwo i wybiórcza głuchota, zareagował mniej więcej już po piątej prośbie. Zamachnął się owocem i wyrzucił go w moim kierunku, nadając mu niestety, rotację. Jako, że nie uchylam się prawie nigdy przed ciosem (siekiery nie łapię), wyciągnęłam obie dłonie przed siebie, chcąc pochwycić ten bumerang, zanim uderzy w monitor lub kota. A należy zaznaczyć, że kot był tańszy od monitora, więc wiadomo, co się chroni. Chcąc pochwycić banana ze zwinnością małpy, wyciągnęłam łapy, ale nie pochwyciłam go, gdyż moja zwinność daleka jest jednak od małpiej, i owoc uderzył mnie centralnie w kciuk, wbijając go do wnętrza dłoni po paznokieć. Poczułam tak rwący ból w stawie, że w oczach stanęły mi świeczki. Co tam świeczki, gromnice! Lewy mój palec od kilku miesięcy jest w stanie obniżenia przydatności do życia o jakieś 60%, gdyż najprawdopodobniej staw został wcześniej albo wybity, albo skręcony, albo nie wiem co. A palec ten, jak się przekonywałam stopniowo na przestrzeni wielu miesięcy, jest elementem organizmu często używanym i niezmiernie potrzebnym do egzystencji, nawet tak marnej jak moja. Nie można na przykład bezboleśnie podciągnąć spodni, co czyni się jak wiadomo kilka razy dziennie. Problem nabrzmiewa też przy niesieniu i myciu talerzy czy szklanek, ech, co ja tu będę relacjonować szczegóły z moich codziennych porywających zajęć... Powinnam napisać, że bół przeszkadza mi we wskazywaniu służbie co ma wykonać, no ale to nie palec wskazujący, ani nawet środkowy. 



     Przeszywający ból nie ustępował przez tysiąclecia, wulgaryzmy migały mi przed oczami na przemian z mroczkami, po czym stał się cud. Mroki ustąpiły jasności, wrodzona puszystość świata wróciła, ruchomość palca zwiększyła się, a ból jakby minął. I, odpukać, do dziś nie wrócił, a minęła prawie doba! Czy tak długo można trwać w szoku pourazowym? Okazało się, że mam znachora w domu! Teraz może podreperujemy nasz domowy budżet, proszę ustawiać się w rządku, terapia bananem jest nowatorska, ale jak widać, bardzo skuteczna. Banan musi być duuuuży i nie za bardzo dojrzały. Można pojawiać się ze swoim. Tylko nie zjeść mi go proszę w kolejce! Kto pierwszy?

środa, 10 sierpnia 2016

Przychodzi baba do rakarza 2

     Ponownie przekonałam się o ponadczasowości i utylitarności obrazka z poprzedniej notki. W zasadzie powinien być on w nagłówku wszystkich postów o moich intymnych kontaktach z przedstawicielami współczesnej szeroko pojętej medycyny, jako synonim poniższego motta: 


     Otóż ponownie miałam bliski kontakt z przedstawicielem gatunku ZUSus erectus. Ale nasz stosunek nie był orgazmiczny, o nie! Chociażby dlatego, że ZUSus okazał się kobietą, jak wniosłam z lustracji członków ozdobionych dosyć krzycząca biżuterią. (Ale nawet gdybyśmy byli różnopłciowi, to nie byłby to kontakt satysfakcjonujący). Biżuteria krzyczała głosem tysięcy moich poprzedników, bowiem to, co oplatało nadgarstki kobietona, bardzo przypominało ludzkie kły. Czerwone kły, więc na pewno okrwawione i okupieniem cierpieniem mas. Trofea zdobywane przez sześćdziesiąt lat jej panowania. Ale zanim dojdę do opisu mojej bogdanki, opiszę polimorficzną, a wręcz poligamiczną grę wstępną z ZUSem.

     Pojawiłam się u bram piekieł już w nocy, o 7 rano. Na dworze tymczasem panowała mleczna mgła, w której niknęły wypełnione ciałami ludzkimi tramwaje niczym trupie, obżarte widma. Samochody sunęły po mokrym asfalcie i wpadały w rowy mariańskie Ronda Kaponiery, a ludzie błąkali się jak dzieci we mgle. Dotarłam na miejsce kaźni szarp 7, a już przed okienkiem rejestracyjnym tkwił nieruchawo spory tłumek ni to rannych ptaszków, ni to owiec napchanych siarką. Ominęłam więc go zgrabnie i pobieżyłam ku okienku, by się zakolczykować numerkowo. Numerka jednak nie odbyłam niezwłocznie, gdyż tłum owiec wykopał mnie pod ściankę, gdzie, jak się okazało czekało na mnie miejsce z napisem "czternasta owca w kolejce". No dobra. Nie zdobędę ZUSusa tak łatwo i szybko. Tu trzeba swoje odczekać. ZUSus okienkowy płci żeńskiej po chwili sam się zdeflorował odchylając szybkę. Bomba w górę!


     W zasadzie w tej instytucji widać jedynie same kobiety. Kobietony wręcz. One chyba rozmnażają się partenogenetycznie w zawiłościach setek korytarzy. Samce tego gatunku najprawdopodobniej nie występują w stanie naturalnym. Albo są znaturalizowane, jak w Seksmisji, tuż po urodzeniu i wychowywane na ZUSusa w schowkach na szczotki. Dzieci takie poi się zapewne roztworem sody kaustycznej i karmi wiórami z niszczarki, a potem, po 70 latach wypuszcza i sadza za biurkiem.

     Taki właśnie kobieton zrobił mi wiwisekcję. Ale nie wyprzedzajmy faktów! Wystarczyło, że  niemal wyprzedziłam windę, Jako jedyna zdobyłam bez asekuracji trzecie piętro i to północną ścianą.
 
    Wzbudzając fale na wypolerowanym parkiecie skierowałam swe kroki ku gabinetowi X. Drzwi do gabinetu stały otworem, wewnątrz ziała pustka, którą wypełniała ZUSuska z rzeczonymi kłami na przegubach. Stałam więc i patrzyłam jak powolnie zakładała kitel i nalewała wodę do elektrycznego dzbanka, by uczynić sobie poranną kawę albo wywar z ludzkich szczątków, które zapewne trzymała w szufladzie. Zerkałam nienachalnie z głębin korytarza, ale to już wystarczyło, by ją rozsierdzić.

- Proszę przeczytać, co jest napisane na drzwiach i się zastosować!!

Hm, ja zawsze się stosuję, a w urzędach to już w szczególności, do tego stopnia, że zawsze czuję się winna jak skazaniec przed słuszną gilotyną i nie śmiem nawet prosić o wodę i suchy chleb, żeby nie mitygować personelu. Musiałam wejść do gabinetu, by na otwartych na całą szerokość wrotach przeczytać wiadomość na przybitym siekaczem do drzwi świstku, żeby czekać w poczekalni. Poszłam karnie za róg i spoczęłam na krzesełku. Po połowie kawy wezwano mnie na badania przyżyciowe. Tętno, ciśnienie ponadnormatywne, wzrost również (urosłam jakieś 2 cm przez noc, hm), po czym szereg ważkich pytań. Wśród nich kluczowe, po którym straciłam przytomność, osiągnąwszy rekord świata w hipertensji. Kobieton cedził bardzo wolno, jak niepełnosprawnej umysłowo:

- A teraz proszę opowiedzieć, co pani jest i nie używać słownictwa, którego pani nie rozumie.

Ocknęłam się na korytarzu. Fale parkietu wyniosły mnie na świeże powietrze. Usłyszałam, jak za moimi plecami z ponurym skrzypnięciem zawierają się wrota Mordoru.

I'll be back!




czwartek, 14 lipca 2016

Przychodzi baba do lekarza


     Odwijam z twarzy piramidalnie zakurzone zwoje, niczym woalkę z muślinu, rozwijam zwoje mózgowe i uśmiecham się bezzębnie: - Kopa lat, Czytacze! Prawie umarłam, ale jednak nie całkiem, więc przyszłam Was postraszyć. 

     
     Grożę kościstym palcem i wołam, że jak nie będziecie ćwiczyć, to Wam się stanie to co mnie! Nie poznaję się w lustrze, gdyż schudłam 20 kilo. Wcześniej przybrałam 12, więc jest mnie mniej niz przedtem. Ale o tych wagowych dywagacjach będzie w którymś z następnych odcinków, bo na pewno chcecie znać mój sekret jak w ciągu 4 miesięcy olśnić otoczenie (choć nie na tyle, by oślepło i całkowicie zignorowało, czy też przeoczyło Waszą metamorfozę, bo to by było bez sensu).
Mianowicie nie poznaję się w lustrze, bo me ciało zwane kapciem odmówiło współpracy na wielu płaszczyznach. Zwłaszcza w przekroju pionowym czyli na osi północ południe  w miejscu nazywanym u mnie teoretycznie odcinkiem z piersiami. Ten odcinek to dla mnie novum, a jednocześnie chorobowe kuriozum.

   


     Doczołgałam się zatem do świątyni zdrowia, przedtem doświadczając swoistego katharsis, gdyż bez przeszkód otrzymałam swój numerek. Numerek z godzinką do odmówienia o 14.50. W poczekalni kolejny szok, ledwo udźwignęłam jego brzemię. Byłam DRUGA! Nie piętnasta, czy nawet siódma! Druga! Hosanna!
     Pani przede mną macha nóżką, założoną noga na nogę. No to zarzucam również, gdyż MOGĘ. A tą pozycją nie cieszyłam się od kwietnia 2011 roku. Jezu, jaka to przyjemność siedzieć z założonymi nogami! Luuudzie. Nie doceniacie tego co możecie. Więc ja siedzę, doceniam i się delektuję pozycją. Mam bardziej opaloną nogę i ładniejszy kolor lakieru, więc mi się trochę poprawia. Niemniej klatka z piersiami jęczy. Mija pięć minut, dziesięć, piętnaście. Pewnie w środku siedzi jakaś babcia i opowiada życiorys od 1944. W szparze pod drzwiami nie migają cienie, nic się nie porusza. Mija kolejne pięć minut. Zza drzwi dochodzi odgłos przybijanych pieczątek. A więc babcia jeszcze dogorywa. Pięć minut kolejnych. Cisza. Chyba umarła.
     
     Tymczasem podczas agonii babci, do poczekalni wchodzi niewiasta i oznajmia, że przywlokła swe truchło na 15.30. Duszę ją w myślach kablem od USG, albowiem nagle spadam na trzecią pozycję. Babcia wewnątrz już nie dycha od kolejnych pięciu minut, pewnie ją kremują. Pól godziny apopleksji tych co na zewnątrz, czyli nas, również przybliża do tego zabiegu. A żeby jeszcze kremowali kremem z botoksem! Ale nie. Na sucho.
     Wchodzi starszawy pan i powiada, że jest na 15.40. Spoglądam na niego, syczę, że ja na 15.50 i bez nerwowych drgań powieki robię mu zastrzyk z bąblem powietrza. Pan beka, a mnie wypycha pod sufit z wrażenia, gdyż uświadamiam sobie, że jestem wszak PIERWSZA! NA 14.50, a nie 15.50! Ha! Alleluja! Z półobrotu otwieram drzwi od gabinetu, a tam... żywej duszy! No, nie licząc lekarki, która zadziwiona brakiem pacjentów z natchnieniem wypisywała zaległe recepty i akty zgonu. 



wtorek, 23 lutego 2016

Jak DYSKretnie prowadzić kampanię

     Nikt nie jest prorokiem nawet z własnym okiem, nie wspominając już, że we własnym kraju, czy choćby mieście, albo chociaż bloku. 
     Takim też prorokiem, jak się po półtora roku okazało, nie była moja okulistka. Nie oślepłam, jak wieszczyła. A powinnam, przynajmniej dla własnego dobra! Oszczędziłoby to mi stresu oglądania swego odbicia w lustrze. Odbicia, które niby nierzeczywiste, ale dające do myślenia. Odbicie bowiem zyskało na masie, osiągając masę krytyczną, tak krytyczną, że wyszło poza ramy, a ja nie mogłam już na siebie patrzeć bezkrytycznie. I tak oto przez dwa miesiące pobiłam rekord świata w traceniu masy i zyskiwaniu zdrowia równocześnie. Podczas, gdy obwody malały wraz z poziomem cholesterolu n.p.m., odwrotnie proporcjonalnie zachowywało się morale i zawziętość, podsycane hojnie wyjącą zawartością szafy.
         Wśród łachów ukrył się wabik, który zastawiłam sama na siebie. Dżinsy Desigual! Uwielbiam dżinsy, lubię Desigual, ale ich  wspólny owoc lędźwi i dizajnu w postaci dżinsów haftowanych, dziurawych, podszywanych, przeszywanych i co tylko, przeszło z hukiem wszelkie pojęcie. 
    Nie bez znaczenia jest również to, jak zauważyła Wasiuczyńska, że, zdaje się, stoję z Kaczką, bynajmniej nie lekarską, u >>przedproża sławy o zasięgu międzykontynentalnym i w muskularnych ramionach Tyrmanda. No i wobec takich niecnych zamiarów świata i wielkich martwych, nie mogę być obojętną i grubą. Nie wiem jak długie świat ma ramiona, ale może zdarzyć się tak, że nie zdoła mnie objąć.

    Co należy zrobić więc, by schudnąć w sposób tak spektakularny całe 9 kilo w dwa miesiące? To proste - mieć kochanka! Niemniej zdając sobie sprawę, że kochanek to towar deficytowy i rozchwytywany pod ladą, polecam mniej problematyczną konsumpcję pomelo. Pomelo syci tak bardzo, że nie odczuwa się głodu. Ma więcej witaminy C niż cytryna i więcej potasu niż pomidory. No i stanowi antidotum na skrobię, wypełnia żołądek i posiada enzymy wpływające na spadek masy.
Oczywiście pomelo nie sprawdzi się, gdy jest dodatkiem do trzech dań głównych jako deser. Jadłam to co zwykle, ale w małych ilościach, ale wyrzekłam się słodyczy. Zdradziłam je podle i rzuciłam bezwzględnie z dnia na dzień. W moim przypadku to tak, jakby dać sobie zrobić operację plastyczną na żywca. Niby wykonalne, ale lekka panika jest.
Efekt jest połowicznie powalający, albowiem na razie okulistka wygrywa w proporcjach 2:1. Jestem na półmetku amputacji gabarytów.
A to wszystko for you, kręgosłupie! Ty wredna poczwaro! Niewdzięczniku! Żebyś nie musiał nosić tych worów z tłuszczem i potem jęczeć, że cię coś boli i strzyka. I tak masz dość po codziennym rzucaniu cie na matę i wyduszaniu ostatnich soków i dysków.
 A'propos dysków. Pora na pean żebraczy!


DYSKopaci, DYSKobole!
Co ja tutaj dziś pier...
Dziś wyjawię swoją wolę-
w DYSKurs z wami się więc włączę
DYSKografią swą w DYSKoncie.

Wszystkich Was do łona tulę,
cierpiąc wszak na DYSKalkulię
nie dam rady zliczyć wszystkich,
którzy do mnie dzisiaj przyszli.

DYSKotekowicze mali
pewnie bardzo się starali,
by zarzucić sobie DYSKiem
poszli tańczyć więc na DYSKę.

DYSKonterzy, ci furiaci,
poszli pewnie gdzieś na spacer
i promują elegancję,
kamuflując DYSKordancję.

DYSKdżokeje na swych klaczach
pędzą pewnie dziś do sracza
z DYSKomfortem, acz DYSKretnie, 
DYSKantysta zaklnie szpetnie.

Wkładam DYSK do DYSKofonu
lecz co płynie po pokoju?!
DYSKant słychać eunuchowy
z DYSKu, który prawie nowy.

DYSK mój L5 i L1
wyglądają, jakby Wiedeń
odwiedziły wraz z Sobieskim-
to się w głowie mi nie mieści!

Co tam w głowie! Z pleców spada
DYSKów strzały jak armada
dookoła się rozchodzą.
Chwila, Państwo się... rozchodzą?!

Poczekajcie, chwila mała!
DYSKineza mnie dorwała
z DYSKopatią i dystrofią
DYSKutuję filozofo (icznie).

Każdy z Was ma DYSKografię
albo chociaż ma dysGrafię.
A jak nie, to swe DYSKonto
scedujcie na blog ten. PRONTO!

Opuszczając okno bloga
wiedz, że pisze go nieboga, 
którą wesprzeć możesz kwotą
i nie zostać dziś idiotą.

Kwota owa, mała, chora
czysty to zysk inwestora
Złoty z VATem, nie majątek.
 Wrzuć złotówę na początek!



     A teraz czas na okrutną prawdę. Moje porady życiowe, zdradzone tajemnice pomelo i oda ku czci dysku nie były za darmo. Proszę teraz słuchać moich poleceń. By nie ulec DYSKredytacji w oczach autorki, nie narażając się jednocześnie na klątwę DYSKeratozy i by uniknąć wpisania na czarna listę na jej archaiczną DYSKietkę, a co najważniejsze, by nie zDYSKwalifikowac Kręgosłupa Oralnego w biegu po statuetkę Bloga Roku, skazując go na ostatnie miejsce w gronie blogów, i tu uwaga! publicystycznych (tak tak, tu mnie relokowano), uprasza się o :




*Środki uzyskane przez organizatora z głosowania SMS zostaną przekazane Fundacji Dziecięca Fantazja, której celem jest spełnianie marzeń dzieci zmagających się z chorobami zagrażającymi życiu i nieuleczalnymi.


A dlaczego startuję? To proste! BO MOGĘ! :)))))))



Filmik nie odtwarza się na innych stronach niż You Tube, ale obejrzyjcie, naprawdę warto:

klik!
I
I
I
V
https://www.youtube.com/watch?v=tuAPPeRg3Nw



sobota, 31 października 2015

Wyprawka szkolna


Zaczynam zaskakującą wiadomością: żyję!

Leżałam bykiem!





     Wakacje minęły jak sen jaki złoty, urlop jest już majacząca w oparach niepamięci przeszłością. Zresztą, dobrze, że już za mną, bo człowiek telepał się przez pół Polski tylko po to, żeby udawać białuchę na plaży. Słońce bezlitośnie spaliło mi skórę na popiół, a potem przez trzy dni sztorm rwał obłe ciało na strzępy, urywając głowę i tocząc ją po wydmach. Głowę urwało mi powtórnie gdzieś tak w połowie pobytu, kiedy to odebrałam dwa telefony alarmującej zdrowotnie treści od tych, którzy pozostali na nizinach. Wobec powyższego do końca urlopu siedziałam jak fakir na gwoździach i robiłam nimi rowki na framudze.
Na szczęście wtoczyłam się ponownie w koleiny swojego życia i telepię się dalej.

     Korzystając z chwilowej absencji kwiatu młodzieży, w tym Małża, chwytam za klawiaturę i stukam do Was Morse'em, co następuje.

     Zajmiemy się dziś oprzyrządowaniem młodzieży szkolnej. Zauważyliście, jak ciężka jest wiedza w dzisiejszych czasach? Mój kwiat jest szczupły i gibki jak pęd fasoli, a nosi w swych plecakach strąk tak ciężki, że słyszę uszami wyobraźni jak trzeszczą mu wszystkie krążki.
Mat wybujał tak bardzo, że patrzymy sobie w oczy jak równy z równym, a Mim mógłby pić mi z piersi na stojąco.

     Cóż jest niezbędne w placówce KO? Jako podkreślenie przynależności do kasty, którą cała swą osobą  w tym przypadku wypełnia matka, na pewno plecaczek z narządami. Do narządów zaliczymy zeszyty, artykuły piśmienne, tu długopisy, przyda się też taśma klejąca.










Taką taśmę to i ja chciałabym mieć. Gdyby ktoś widział, to niech mi kupi, proszę. Bardzo praktyczne. Kiedy rozleci mi się kręgosłup, skleję się taką i nikt nie pozna, że mi coś zaszwankowało w osi. Przynajmniej do pierwszej kąpieli.

W szkole teraz są szafki z kodami, szyframi, czasem na kluczyk. Można schować sobie drugie i trzecie śniadanie, worek z kapciami, zatrzasnąc kolegę, ach, ile możliwości! Koniecznie do kluczyka trzeba przyczepić brelok-bimbadło! Do wyboru, do koloru! No, z kolorem, to przesadziłam. Coś jak wota. Kto chromy, ma nóżkę-bimbadło, kto ma z głową - czaszkę. Ja tam skompletowałabym cały szkielet. Nigdy nie wiadomo co człowiekowi łupnie, a tak, jak dojazdówkę, mamy część zamienną i dotelepiemy się do najbliższego SORu samodzielnie.







     W szkole podstawowej Mata i Mima panowało bezkomórkowie. Specjalny królewski dekret zabraniał nie tyle użytkowania, co nawet posiadania komórek na terenie placówki. I bardzo dobrze, zauważam, że mało szkół dysponuje taką hipsterską, ale zdroworozsądkową odwagą w dzisiejszych czasach.
     Mat w tym roku przekroczył mury gimbazy i stał się posiadaczem komórki, co prawda nastawionej  wyłącznie na odbiór. Zmieni się to na pewno w momencie zmiany statusu społecznego na "w związku", ale jak na razie nikt nie majaczy nawet za siódmą górą. Ja wiem, że młodym babciom też nic nie majaczyło, ale nie wyprzedzajmy mitów, a tym bardziej faktów. 







     Z komórką trzeba ostrożnie! Wykonano już szereg badań, z których jasno wypływa wniosek, że komórki są szkodliwe, już nie tylko, że robią raki z mózgu, ale można całkiem stracić głowę. 

      W zasadzie, kto w dzisiejszych czasach ma smartfona, ma już wszystko, więc więcej szkolnych gadżetów stanowi zbytek. 
     O, chyba, że jeszcze wyprawka na WF, jak najbardziej! Niech się młodzież rusza, a jakże! Wybór koszulek jest zadowalający, tu reprezentanci:








No i obuwie sportowe, najważniejsze jest dobre obuwie - amortyzacja to podstawa i to dosłownie!





     Na zakończenie krótki, mobilizujący raport:

     Z powodu niećwiczenia na zlecenie okulisty, zleciał mi kręgosłup w odcinku piersiowym (i tu się sprawdza porzekadło i mądrość ludowa, że jak trwoga, to do Boga).
Masa ciała objawiła się na poziomie +15kg w stosunku do stanu sprzed mętów. Nowi czytelnicy z łatwością odnajdą odpowiedni wcześniejszy post na ten temat.
Dodam, że ze wzrokiem nie jest lepiej, mimo oszczędności wysiłkowo-ruchowych, czym udało mi się dowieść, że niekoniecznie zasadne są asekuracyjne zalecenia lekarzy.

     A teraz udam się do swojego sarkofagu. Ale tylko na chwilę!