środa, 10 sierpnia 2016

Przychodzi baba do rakarza 2

     Ponownie przekonałam się o ponadczasowości i utylitarności obrazka z poprzedniej notki. W zasadzie powinien być on w nagłówku wszystkich postów o moich intymnych kontaktach z przedstawicielami współczesnej szeroko pojętej medycyny, jako synonim poniższego motta: 


     Otóż ponownie miałam bliski kontakt z przedstawicielem gatunku ZUSus erectus. Ale nasz stosunek nie był orgazmiczny, o nie! Chociażby dlatego, że ZUSus okazał się kobietą, jak wniosłam z lustracji członków ozdobionych dosyć krzycząca biżuterią. (Ale nawet gdybyśmy byli różnopłciowi, to nie byłby to kontakt satysfakcjonujący). Biżuteria krzyczała głosem tysięcy moich poprzedników, bowiem to, co oplatało nadgarstki kobietona, bardzo przypominało ludzkie kły. Czerwone kły, więc na pewno okrwawione i okupieniem cierpieniem mas. Trofea zdobywane przez sześćdziesiąt lat jej panowania. Ale zanim dojdę do opisu mojej bogdanki, opiszę polimorficzną, a wręcz poligamiczną grę wstępną z ZUSem.

     Pojawiłam się u bram piekieł już w nocy, o 7 rano. Na dworze tymczasem panowała mleczna mgła, w której niknęły wypełnione ciałami ludzkimi tramwaje niczym trupie, obżarte widma. Samochody sunęły po mokrym asfalcie i wpadały w rowy mariańskie Ronda Kaponiery, a ludzie błąkali się jak dzieci we mgle. Dotarłam na miejsce kaźni szarp 7, a już przed okienkiem rejestracyjnym tkwił nieruchawo spory tłumek ni to rannych ptaszków, ni to owiec napchanych siarką. Ominęłam więc go zgrabnie i pobieżyłam ku okienku, by się zakolczykować numerkowo. Numerka jednak nie odbyłam niezwłocznie, gdyż tłum owiec wykopał mnie pod ściankę, gdzie, jak się okazało czekało na mnie miejsce z napisem "czternasta owca w kolejce". No dobra. Nie zdobędę ZUSusa tak łatwo i szybko. Tu trzeba swoje odczekać. ZUSus okienkowy płci żeńskiej po chwili sam się zdeflorował odchylając szybkę. Bomba w górę!


     W zasadzie w tej instytucji widać jedynie same kobiety. Kobietony wręcz. One chyba rozmnażają się partenogenetycznie w zawiłościach setek korytarzy. Samce tego gatunku najprawdopodobniej nie występują w stanie naturalnym. Albo są znaturalizowane, jak w Seksmisji, tuż po urodzeniu i wychowywane na ZUSusa w schowkach na szczotki. Dzieci takie poi się zapewne roztworem sody kaustycznej i karmi wiórami z niszczarki, a potem, po 70 latach wypuszcza i sadza za biurkiem.

     Taki właśnie kobieton zrobił mi wiwisekcję. Ale nie wyprzedzajmy faktów! Wystarczyło, że  niemal wyprzedziłam windę, Jako jedyna zdobyłam bez asekuracji trzecie piętro i to północną ścianą.
 
    Wzbudzając fale na wypolerowanym parkiecie skierowałam swe kroki ku gabinetowi X. Drzwi do gabinetu stały otworem, wewnątrz ziała pustka, która wypełniała ZUSuska z rzeczonymi kłami na przegubach. Stałam więc i patrzyłam jak powolnie zakładała kitel i nalewała wodę do elektrycznego dzbanka, by uczynić sobie poranną kawę. Zerkałam nienahalnie, ale to już wystarczyło, by ją rozsierdzić.

- Proszę przeczytać, co jest napisane na drzwiach i się zastosować!!

Hm, ja zawsze się stosuję, a w urzędach to już w szczególności, do tego stopnia, że zawsze czuję się winna jak skazaniec przed słuszną gilotyną i nie śmiem nawet prosić o wodę i suchy chleb, żeby nie mitygować personelu. Musiałam wejść do gabinetu, by na otwartych na całą szerokość wrotach przeczytać, żeby czekać w poczekalni. Poszłam karnie za róg i spoczęłam na krzesełku. Po połowie kawy wezwano mnie na badania przyżyciowe. Tętno, ciśnienie ponadnormatywne, wzrost również (urosłam jakieś 2 cm przez noc, hm), po czym szereg ważkich pytań. Wśród nich kluczowe, po którym straciłam przytomność, osiągnąwszy rekord świata w hipertensji. Kobieton cedził bardzo wolno, jak niepełnosprawnej umysłowo:

- A teraz proszę opowiedzieć, co pani jest i nie używać słownictwa, którego pani nie rozumie.

W tym momencie straciłam świadomość i ocknęłam się na korytarzu. Fale parkietu wyniosły mnie na świeże powietrze. Usłyszałam, jak za moimi plecami z ponurym skrzypnięciem zawierają się wrota Mordoru.

I'll be back!




czwartek, 14 lipca 2016

Przychodzi baba do lekarza


     Odwijam z twarzy piramidalnie zakurzone zwoje, niczym woalkę z muślinu, rozwijam zwoje mózgowe i uśmiecham się bezzębnie: - Kopa lat, Czytacze! Prawie umarłam, ale jednak nie całkiem, więc przyszłam Was postraszyć. 

     
     Grożę kościstym palcem i wołam, że jak nie będziecie ćwiczyć, to Wam się stanie to co mnie! Nie poznaję się w lustrze, gdyż schudłam 20 kilo. Wcześniej przybrałam 12, więc jest mnie mniej niz przedtem. Ale o tych wagowych dywagacjach będzie w którymś z następnych odcinków, bo na pewno chcecie znać mój sekret jak w ciągu 4 miesięcy olśnić otoczenie (choć nie na tyle, by oślepło i całkowicie zignorowało, czy też przeoczyło Waszą metamorfozę, bo to by było bez sensu).
Mianowicie nie poznaję się w lustrze, bo me ciało zwane kapciem odmówiło współpracy na wielu płaszczyznach. Zwłaszcza w przekroju pionowym czyli na osi północ południe  w miejscu nazywanym u mnie teoretycznie odcinkiem z piersiami. Ten odcinek to dla mnie novum, a jednocześnie chorobowe kuriozum.

   


     Doczołgałam się zatem do świątyni zdrowia, przedtem doświadczając swoistego katharsis, gdyż bez przeszkód otrzymałam swój numerek. Numerek z godzinką do odmówienia o 14.50. W poczekalni kolejny szok, ledwo udźwignęłam jego brzemię. Byłam DRUGA! Nie piętnasta, czy nawet siódma! Druga! Hosanna!
     Pani przede mną macha nóżką, założoną noga na nogę. No to zarzucam również, gdyż MOGĘ. A tą pozycją nie cieszyłam się od kwietnia 2011 roku. Jezu, jaka to przyjemność siedzieć z założonymi nogami! Luuudzie. Nie doceniacie tego co możecie. Więc ja siedzę, doceniam i się delektuję pozycją. Mam bardziej opaloną nogę i ładniejszy kolor lakieru, więc mi się trochę poprawia. Niemniej klatka z piersiami jęczy. Mija pięć minut, dziesięć, piętnaście. Pewnie w środku siedzi jakaś babcia i opowiada życiorys od 1944. W szparze pod drzwiami nie migają cienie, nic się nie porusza. Mija kolejne pięć minut. Zza drzwi dochodzi odgłos przybijanych pieczątek. A więc babcia jeszcze dogorywa. Pięć minut kolejnych. Cisza. Chyba umarła.
     
     Tymczasem podczas agonii babci, do poczekalni wchodzi niewiasta i oznajmia, że przywlokła swe truchło na 15.30. Duszę ją w myślach kablem od USG, albowiem nagle spadam na trzecią pozycję. Babcia wewnątrz już nie dycha od kolejnych pięciu minut, pewnie ją kremują. Pól godziny apopleksji tych co na zewnątrz, czyli nas, również przybliża do tego zabiegu. A żeby jeszcze kremowali kremem z botoksem! Ale nie. Na sucho.
     Wchodzi starszawy pan i powiada, że jest na 15.40. Spoglądam na niego, syczę, że ja na 15.50 i bez nerwowych drgań powieki robię mu zastrzyk z bąblem powietrza. Pan beka, a mnie wypycha pod sufit z wrażenia, gdyż uświadamiam sobie, że jestem wszak PIERWSZA! NA 14.50, a nie 15.50! Ha! Alleluja! Z półobrotu otwieram drzwi od gabinetu, a tam... żywej duszy! No, nie licząc lekarki, która zadziwiona brakiem pacjentów z natchnieniem wypisywała zaległe recepty i akty zgonu. 



wtorek, 23 lutego 2016

Jak DYSKretnie prowadzić kampanię

     Nikt nie jest prorokiem nawet z własnym okiem, nie wspominając już, że we własnym kraju, czy choćby mieście, albo chociaż bloku. 
     Takim też prorokiem, jak się po półtora roku okazało, nie była moja okulistka. Nie oślepłam, jak wieszczyła. A powinnam, przynajmniej dla własnego dobra! Oszczędziłoby to mi stresu oglądania swego odbicia w lustrze. Odbicia, które niby nierzeczywiste, ale dające do myślenia. Odbicie bowiem zyskało na masie, osiągając masę krytyczną, tak krytyczną, że wyszło poza ramy, a ja nie mogłam już na siebie patrzeć bezkrytycznie. I tak oto przez dwa miesiące pobiłam rekord świata w traceniu masy i zyskiwaniu zdrowia równocześnie. Podczas, gdy obwody malały wraz z poziomem cholesterolu n.p.m., odwrotnie proporcjonalnie zachowywało się morale i zawziętość, podsycane hojnie wyjącą zawartością szafy.
         Wśród łachów ukrył się wabik, który zastawiłam sama na siebie. Dżinsy Desigual! Uwielbiam dżinsy, lubię Desigual, ale ich  wspólny owoc lędźwi i dizajnu w postaci dżinsów haftowanych, dziurawych, podszywanych, przeszywanych i co tylko, przeszło z hukiem wszelkie pojęcie. 
    Nie bez znaczenia jest również to, jak zauważyła Wasiuczyńska, że, zdaje się, stoję z Kaczką, bynajmniej nie lekarską, u >>przedproża sławy o zasięgu międzykontynentalnym i w muskularnych ramionach Tyrmanda. No i wobec takich niecnych zamiarów świata i wielkich martwych, nie mogę być obojętną i grubą. Nie wiem jak długie świat ma ramiona, ale może zdarzyć się tak, że nie zdoła mnie objąć.

    Co należy zrobić więc, by schudnąć w sposób tak spektakularny całe 9 kilo w dwa miesiące? To proste - mieć kochanka! Niemniej zdając sobie sprawę, że kochanek to towar deficytowy i rozchwytywany pod ladą, polecam mniej problematyczną konsumpcję pomelo. Pomelo syci tak bardzo, że nie odczuwa się głodu. Ma więcej witaminy C niż cytryna i więcej potasu niż pomidory. No i stanowi antidotum na skrobię, wypełnia żołądek i posiada enzymy wpływające na spadek masy.
Oczywiście pomelo nie sprawdzi się, gdy jest dodatkiem do trzech dań głównych jako deser. Jadłam to co zwykle, ale w małych ilościach, ale wyrzekłam się słodyczy. Zdradziłam je podle i rzuciłam bezwzględnie z dnia na dzień. W moim przypadku to tak, jakby dać sobie zrobić operację plastyczną na żywca. Niby wykonalne, ale lekka panika jest.
Efekt jest połowicznie powalający, albowiem na razie okulistka wygrywa w proporcjach 2:1. Jestem na półmetku amputacji gabarytów.
A to wszystko for you, kręgosłupie! Ty wredna poczwaro! Niewdzięczniku! Żebyś nie musiał nosić tych worów z tłuszczem i potem jęczeć, że cię coś boli i strzyka. I tak masz dość po codziennym rzucaniu cie na matę i wyduszaniu ostatnich soków i dysków.
 A'propos dysków. Pora na pean żebraczy!


DYSKopaci, DYSKobole!
Co ja tutaj dziś pier...
Dziś wyjawię swoją wolę-
w DYSKurs z wami się więc włączę
DYSKografią swą w DYSKoncie.

Wszystkich Was do łona tulę,
cierpiąc wszak na DYSKalkulię
nie dam rady zliczyć wszystkich,
którzy do mnie dzisiaj przyszli.

DYSKotekowicze mali
pewnie bardzo się starali,
by zarzucić sobie DYSKiem
poszli tańczyć więc na DYSKę.

DYSKonterzy, ci furiaci,
poszli pewnie gdzieś na spacer
i promują elegancję,
kamuflując DYSKordancję.

DYSKdżokeje na swych klaczach
pędzą pewnie dziś do sracza
z DYSKomfortem, acz DYSKretnie, 
DYSKantysta zaklnie szpetnie.

Wkładam DYSK do DYSKofonu
lecz co płynie po pokoju?!
DYSKant słychać eunuchowy
z DYSKu, który prawie nowy.

DYSK mój L5 i L1
wyglądają, jakby Wiedeń
odwiedziły wraz z Sobieskim-
to się w głowie mi nie mieści!

Co tam w głowie! Z pleców spada
DYSKów strzały jak armada
dookoła się rozchodzą.
Chwila, Państwo się... rozchodzą?!

Poczekajcie, chwila mała!
DYSKineza mnie dorwała
z DYSKopatią i dystrofią
DYSKutuję filozofo (icznie).

Każdy z Was ma DYSKografię
albo chociaż ma dysGrafię.
A jak nie, to swe DYSKonto
scedujcie na blog ten. PRONTO!

Opuszczając okno bloga
wiedz, że pisze go nieboga, 
którą wesprzeć możesz kwotą
i nie zostać dziś idiotą.

Kwota owa, mała, chora
czysty to zysk inwestora
Złoty z VATem, nie majątek.
 Wrzuć złotówę na początek!



     A teraz czas na okrutną prawdę. Moje porady życiowe, zdradzone tajemnice pomelo i oda ku czci dysku nie były za darmo. Proszę teraz słuchać moich poleceń. By nie ulec DYSKredytacji w oczach autorki, nie narażając się jednocześnie na klątwę DYSKeratozy i by uniknąć wpisania na czarna listę na jej archaiczną DYSKietkę, a co najważniejsze, by nie zDYSKwalifikowac Kręgosłupa Oralnego w biegu po statuetkę Bloga Roku, skazując go na ostatnie miejsce w gronie blogów, i tu uwaga! publicystycznych (tak tak, tu mnie relokowano), uprasza się o :




*Środki uzyskane przez organizatora z głosowania SMS zostaną przekazane Fundacji Dziecięca Fantazja, której celem jest spełnianie marzeń dzieci zmagających się z chorobami zagrażającymi życiu i nieuleczalnymi.


A dlaczego startuję? To proste! BO MOGĘ! :)))))))


Filmik nie odtwarza się na innych stronach niż You Tube, ale obejrzyjcie, naprawdę warto:

klik!
I
I
I
V
https://www.youtube.com/watch?v=kKTamH__xuQ



sobota, 31 października 2015

Wyprawka szkolna


Zaczynam zaskakującą wiadomością: żyję!

Leżałam bykiem!





     Wakacje minęły jak sen jaki złoty, urlop jest już majacząca w oparach niepamięci przeszłością. Zresztą, dobrze, że już za mną, bo człowiek telepał się przez pół Polski tylko po to, żeby udawać białuchę na plaży. Słońce bezlitośnie spaliło mi skórę na popiół, a potem przez trzy dni sztorm rwał obłe ciało na strzępy, urywając głowę i tocząc ją po wydmach. Głowę urwało mi powtórnie gdzieś tak w połowie pobytu, kiedy to odebrałam dwa telefony alarmującej zdrowotnie treści od tych, którzy pozostali na nizinach. Wobec powyższego do końca urlopu siedziałam jak fakir na gwoździach i robiłam nimi rowki na framudze.
Na szczęście wtoczyłam się ponownie w koleiny swojego życia i telepię się dalej.

     Korzystając z chwilowej absencji kwiatu młodzieży, w tym Małża, chwytam za klawiaturę i stukam do Was Morse'em, co następuje.

     Zajmiemy się dziś oprzyrządowaniem młodzieży szkolnej. Zauważyliście, jak ciężka jest wiedza w dzisiejszych czasach? Mój kwiat jest szczupły i gibki jak pęd fasoli, a nosi w swych plecakach strąk tak ciężki, że słyszę uszami wyobraźni jak trzeszczą mu wszystkie krążki.
Mat wybujał tak bardzo, że patrzymy sobie w oczy jak równy z równym, a Mim mógłby pić mi z piersi na stojąco.

     Cóż jest niezbędne w placówce KO? Jako podkreślenie przynależności do kasty, którą cała swą osobą  w tym przypadku wypełnia matka, na pewno plecaczek z narządami. Do narządów zaliczymy zeszyty, artykuły piśmienne, tu długopisy, przyda się też taśma klejąca.










Taką taśmę to i ja chciałabym mieć. Gdyby ktoś widział, to niech mi kupi, proszę. Bardzo praktyczne. Kiedy rozleci mi się kręgosłup, skleję się taką i nikt nie pozna, że mi coś zaszwankowało w osi. Przynajmniej do pierwszej kąpieli.

W szkole teraz są szafki z kodami, szyframi, czasem na kluczyk. Można schować sobie drugie i trzecie śniadanie, worek z kapciami, zatrzasnąc kolegę, ach, ile możliwości! Koniecznie do kluczyka trzeba przyczepić brelok-bimbadło! Do wyboru, do koloru! No, z kolorem, to przesadziłam. Coś jak wota. Kto chromy, ma nóżkę-bimbadło, kto ma z głową - czaszkę. Ja tam skompletowałabym cały szkielet. Nigdy nie wiadomo co człowiekowi łupnie, a tak, jak dojazdówkę, mamy część zamienną i dotelepiemy się do najbliższego SORu samodzielnie.







     W szkole podstawowej Mata i Mima panowało bezkomórkowie. Specjalny królewski dekret zabraniał nie tyle użytkowania, co nawet posiadania komórek na terenie placówki. I bardzo dobrze, zauważam, że mało szkół dysponuje taką hipsterską, ale zdroworozsądkową odwagą w dzisiejszych czasach.
     Mat w tym roku przekroczył mury gimbazy i stał się posiadaczem komórki, co prawda nastawionej  wyłącznie na odbiór. Zmieni się to na pewno w momencie zmiany statusu społecznego na "w związku", ale jak na razie nikt nie majaczy nawet za siódmą górą. Ja wiem, że młodym babciom też nic nie majaczyło, ale nie wyprzedzajmy mitów, a tym bardziej faktów. 







     Z komórką trzeba ostrożnie! Wykonano już szereg badań, z których jasno wypływa wniosek, że komórki są szkodliwe, już nie tylko, że robią raki z mózgu, ale można całkiem stracić głowę. 

      W zasadzie, kto w dzisiejszych czasach ma smartfona, ma już wszystko, więc więcej szkolnych gadżetów stanowi zbytek. 
     O, chyba, że jeszcze wyprawka na WF, jak najbardziej! Niech się młodzież rusza, a jakże! Wybór koszulek jest zadowalający, tu reprezentanci:








No i obuwie sportowe, najważniejsze jest dobre obuwie - amortyzacja to podstawa i to dosłownie!





     Na zakończenie krótki, mobilizujący raport:

     Z powodu niećwiczenia na zlecenie okulisty, zleciał mi kręgosłup w odcinku piersiowym (i tu się sprawdza porzekadło i mądrość ludowa, że jak trwoga, to do Boga).
Masa ciała objawiła się na poziomie +15kg w stosunku do stanu sprzed mętów. Nowi czytelnicy z łatwością odnajdą odpowiedni wcześniejszy post na ten temat.
Dodam, że ze wzrokiem nie jest lepiej, mimo oszczędności wysiłkowo-ruchowych, czym udało mi się dowieść, że niekoniecznie zasadne są asekuracyjne zalecenia lekarzy.

     A teraz udam się do swojego sarkofagu. Ale tylko na chwilę!


piątek, 10 kwietnia 2015

Gra wstępna i rozbierane fotki na osłodę długiego oczekiwania ♥

     Minęły dwa miesiące z hakiem, a Wy ciągle czekacie z zapartym stolcem, oczekując mojego zmartwychwstania z łoża boleści, na które rzucił mnie poryw bólu i gwałtowny meander zdarzeń losowych. Zatem moje barwne losy tuż po tym, jak wyginałam ponętnie pupkę w celu wiosennego wabienia Małża, poznacie ździebko później. Trudno. Musicie jeszcze wytrzymać to napierające ciśnienie. Albowiem dzisiaj przedstawię Wam, moi połamańcy, w telegraficznym wręcz skrócie, jakimi wyboistymi drogami zmierzaliście wprost na zarośnięte oralne me łono.



Ścieżki pod Waszymi spikselowaciałymi stopami były pokrętne i tak samo zdrożne, jak Wasze myśli. Przytaczam je poniżej w oryginalnej pisowni, by Was jeszcze bardziej zawstydzić:

-jak wstac z podlogi dyskopatia
-bakterie w oku
-blog oralnej
-co czuł jonasz
-mycie głowy w dawnych czasach
-pierwszy raz oralnie
-szeroka bardzo długa esica
-nie myje głowy 4 dzień
-pupki
-dyskopatia jak ubierac skarpetki buty
-moje przeżycia codziennego dnia

     Wy to jednak macie problemy. Długa esica. Hm. I kto tego szukał? I czego chciał się dowiedzieć bohater, który nie mył głowy cztery dni? Szukał deratyzatora? Porad kosmetyczki? Środka na egzemę? No i pytanie kardynalne: czy znalazł tu odpowiedzi na nurtujące pytania?
Aby z jednej strony nie stracić rzeszy fanów spod znaku różowej chmurki, a z drugiej strony zadowolić ich i pokazać, że ich trud nie poszedł na marne, na końcu umieszczę kilka rozebranych zdjęć. I ażeby podbić blogową rakietą hormony płciowe na wysoki poziom, powiem, że to moje zdjęcia. Co nie będzie się aż tak bardzo mijać z prawdą, gdyż rysy twarzy są nierozpoznawalne, a wręcz nieuchwytne.

     Tymczasem rozciągnijmy ciało, by być przygotowanym na to, co nieuchronne. Proponuję łyczek leczniczej nalewki, w którą zaopatrują mnie Fani. Skończyliśmy z Małżem cytrynówkę z miodem, została jeszcze wiśnióweczka z miodem oraz aroniówka. Możemy sobie zatem biesiadować i miło monologować. Połowy ćwiczeń nie wykonam, ale Savasanę gnę bezbłędnie i w dodatku o każdej porze dnia i nocy.




      I jak tam? Krew buzuje? Hormony grają harmonijnie na harmoszy? No, to na dobranoc obiecane nagie zdjęcia. W końcu od ostatniego postu leżę rozciągnięta na łożu i dyszę ciężko.





     Jeżeli się rozgrzaliście, to utrzymajcie wzwód intelektualny do następnego posta! Dobra?
 Też Was kocham moi Czytacze!


piątek, 30 stycznia 2015

O zgubnych skutkach wypinania pupki. Cz.1 - miłe złego początki.

     Dzisiaj będę straszna i opowiem Wam o moim najbardziej spektakularnym incydencie kręgosłupowym w całej mojej prehistorii.

Trzeci kwietnia 2011 roku, niedziela.
Ta data wryła się krwawymi zgłoskami w dzieje nie tylko moje, lecz całej familii.
W rolach głównych występują: Mat lat 9, Mim lat 5, Małż i ja. Oboje o 4 lata mniej niż obecnie.
 
     Tertia Aprilis powitał nas ciepłymi strumieniami słońca, poszatkowanymi przez paski żaluzji w równe plasterki, a przez siatkę osiedlowego śmietnika - jak frytki w słupki. Całe to świetliste tałatajstwo wsypało nam się na kołderki i na twarze, dlatego zerwaliśmy się z łoża tak żwawo, jak żwawo wyrywa się podduszaniec z rąk podduszacza. Kiedy tętnice szyjne odzyskały drożność, spojówki przezierność, a krew uderzyła z impetem o wnętrze czaszki, powodując uniesienie powiek i odzyskanie świadomości, ktoś z nas zrobił śniadanie. Czas natomiast zrobił swoje i wytarł już skrupulatnie informację, k t o. A jako, że nastąpił u mnie popularny syndrom psychologicznego wyparcia negatywnych emocji, podejrzewam, że byłam to ja.

     Ranek, jako rzekłam, był piękny. Forsycja strzelała pąkiem, nad pierwszymi kwiatami mniszków kołowały pszczoły i trzmiele, a nad śmietnikiem pojawiały się pierwsze nieśmiało kopulujące muchy. Z trawnika zeszły lody i śniegi, ujawniając w pełnej krasie efekty nienagannej pracy przewodów pokarmowych osiedlowych czworonogów. Ziemia pod stopami wydawała ten charakterystyczny dźwięk mokrych buziaków typu ciągutka, chcąc wessać w siebie każdego nieuważnego, zapatrzonego w błękit nad głową, przechodnia, równocześnie z drugiej strony uwalniając na świat rzadkie zielone źdźbła traw, szumnie nazywanych trawnikiem.

     W takie okoliczności przyrody chciał wniknąć, a zarazem się z nimi stopić, Małż ze swą rodziną. Wszyscy złaknieni po zimie tych efemerycznych motyli, wierzbowych habazi i by koty wyniosły się z piwnicy, przynajmniej na siku.
Reflektował jedynie Mat, dlatego zsynchronizowaliśmy zegarki i rozeszliśmy się na dwie strony świata. Mat poszedł w zielonkawe nieznane z Małżem, ja zostałam z Mimem w betonie.

     Ptaszki wesoło kwiliły za oknem, Mim przed oknem, więc niesiona na słonecznym promieniu, chęcią nadania twarzy wiosennego wyglądu za pomocą chemii kosmetycznej, udałam się przed lustro. Kilka minut i makijażowych trików później, z chaosu i piany z żelu do kąpieli, powstała Wenus. Wenus zauważyła, że Mim, słodkie dziecko, zespolił się w jedno z zabawkami, dając się całkowicie pochłonąć światu fantasy. Usiadła więc przy nim na krześle tak wdzięcznie i delikatnie jak ważka (tak, noszę okulary, i co z tego?). Ważka zawisła niemal nad samiuśkim końcem krzesełka, zakładając nóżka na nóżkę i zaczęła kontemplować efektowny proces powabnego wyginania pupci ku tyłowi. (Wszak wiosna sprzyja takim różnym idiotycznym i atawistycznym zachowaniom). Paluszki swych dłoni opierały się nadobnie na kolanku nóżki z wdziękiem zarzuconej na nóżkę drugą, która to miała kontakt z podłogą li i jedynie za pomocą paluszków. Kontemplacja i wyginanie pupci było procesem ciągłym, acz przebiegającym skokowo. Kiedy już prawie - prawie Wenus osiągnęła odpowiedni poziom upodobnienia się do pauzy ćwierćnutowej, gdy wtem poczuła w plecach bardzo dziwne uczucie. Uczucie było nieprzyjemne, ale bezbolesne, ot, coś jakby naoliwiona kula powolnie ześlizgnęła się z drugiej, na której jakimś cudem leżała. Zupełnie odmienne od pierdut!, które zazwyczaj miała.


     Wenus zdążyła pokonać jakieś cztery metry, jakie dzieliły ją od łóżka sypialni lotem koszącym, zrobić półobrót i paść horyzontalnie w poprzek łóżka, nie mogąc odtąd ruszyć niczym więcej niż powiekami i krwią w żyłach. Na szczęście język nie skleił się trwale z podniebieniem, co zwiastowało poniekąd iskrę optymizmu i cień szansy na ratunek w tej, jakże patowej, sytuacji.

- Mimku!

...

-Mimie??!!!!!

...

-MIIIIIIIIIIIIIIIIIM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- Co?

-Nie co, tylko słucham, do cholery! Przynieś mi telefon.

-Nie.

-Przynieś proszę, jestem bowiem nieruchawa i bezbronna jak wieloryb rzucony na plażę.

-Nie.

-Przynieś, proszę.

-Przeproś za brzydkie słowo.

-Przprszm.

-No, od razu inaczej - proszę mamusiu.

-#%@!&!!! Małżu, wracaj, stop. Umieram, stop. RATUNKU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


     Aby podnieść napięcie, byście mogli sięgnąć zenitu Waszych możliwości przystosowawczych do życia w stresie, oberżnę odcinek 1 w tym miejscu naszej wartkiej opowieści.

Albowiem wspominałam na początku, że dzisiaj będę okrutna.

środa, 31 grudnia 2014

W końcu myję Wam głowę!

     Ostatni dzień roku 2014. Roku, który w 7/12 mogę określić jako zmarnowany. Czas, podczas którego wielomiesięczne wakacje pozbawione ćwiczeń przyczyniły się do tego, iż po hucznych obchodach urodzin (patrzajta w notkę poprzednią), jak po gigancie, kręgosłup dopiero po miesiącu wędrówek po bezkresach organizmu wrócił na swoje miejsce, by ponownie spotkać się mniej więcej w osi ciała. Lazy bones.


Ślepo słuchając zaleceń lekarza okulisty osiągnęłam taki oto status quo:

-waga poszybowała w górę (a waga łazienkowa zamieniła się w szklany granulat),
-sprawność, jak dojrzała klapsa, klapnęła w dół,
-męty w oczach, jak były, tak są, mimo zażywanych leków,
-bóle i stetryczenie się zwiększyły,
-morale skarlało,
-libido, jak to libido.

W roku 2015 i kolejnych postanawiam więc słuchać swojego organizmu nieco roztropniej, by nie doprowadzać go do tego, do czego doprowadziłam w za chwilę już minionym. Organizm bowiem łkał: zróbmy wspólnie coś miłego, powyginajmy swe odnóża, gibajmy się! A wyprany mózg, miejscami nawet doprowadzony przez okulistkę do dziewiczego stanu tabula rasa (muszę zerknąć, czy aby nie byłam u okultystki), w te słowa: ty organizmie rozpasany! Basta! Ruch i zadyszka szkodzą nam na wzrok! Żadnych wysiłków, żadnych wygibasów, żadnych napiętych żyłek! Albowiem możemy oślepnąć w każdym momencie! 
 
Tyle, jeśli chodzi o noworoczne postanowienia. Lepiej mało, a realnie.

Jako, że nie lubię wchodzić w Nowy Rok z ciągnącym się za sobą ogonem niespełnionych obietnic, właśnie teraz nadgonię to, co goniłam przez ostatnie miesiące. Obiecany post higieniczny. Tadam.

     W życiu każdego człowieka przychodzi taki dzień, że trzeba umyć włosie.  A w życiu kobiety, które, jak wiemy, sterowane jest wieloma cyklami, te dni przypadają nawet częściej. O, na przykład w Nowy Rok będziecie zmywać brokat i wyczesywać tłuczone szkło i igliwie. Usiądźcie więc wygodnie, strząśnijcie popiół z opalonych rzęs i posłuchajcie gawędy:

     Pamiętam te frywolne czasy, gdy myłam włosy rano, wkładając po prostu głowę do umywalki i to, tu zaskoczenie, bez dekapitacji. Ot, skłon, myju, myju, wyprost i wio.


Jeśli macie na zbyciu trzy kwadranse, to zerknijcie w poniższy link. Dziewczyna myje włosy. Ot, nic nadzwyczajnego. Ale to tylko pozory. Jeszcze nigdy, przenigdy nie widziałam, by ktoś zużywał butelkę szamponu i kilka innych na jedno posiedzenie. I na bogów, tygodniowo robi się z tego mycia kilka godzin wiszenia do dołu głową! Moj rekord długości mycia głowy to jakieś 3 minuty. Fakt, nie mam tak bujnego owłosienia jak ta dziewoja.


I pamiętać trzeba, by sięgnąć po odpowiedni szampon!


Tu od razu przychodzi mi na myśl rysunek Newy z newarysuje.blogspot.com i mój, jakże będący na czasie, tekst:


Wielka pupę mam i basta-
zamyśliła się niewiasta.
Wpadł jej pomysł wielkiej wagi:
dla półdupków przeciwwagi
pchać trza misę- pomyślała
zgięta wpół- i tak została.
Stąd moralik dziś wypływa-
jeśli chcesz pozostać żywa
nie pochylaj się nad misą,
bo, nie dość, że cycki wiszą,
to ponadto w takim stanie
rój dochtorów cię zastanie.
No a wtedy - rzecz wiadoma.
śmiech na sali- TAAAAAKA żona!
- Panie , ona w pałąk zgięta
jest na co dzień, czy od święta?
- W sumie niech już tak zostanie
będzie robić tu za ławę.
- A w pośladkach okrąglutkich
może być stojak na wódki.
Z baby to pożytek zawsze
póki żyje i nie zgaśnie!

Czyż nie miałam prawidłowych skojarzeń? Proszę nie regulować odbiorników! Nie wciskać kombinacji ctrl z minusem!  Mój tyłek naprawdę po Świętach jest taki wielki.


 A na podeszwie widać nawet rozdepnięty makowiec. Jak się kompromitować, to na całego.

Jak to u mnie wygląda teraz?
 Aby umyć głowę, należy nabożnie uklęknąć na dwa kolana. Nie, jak to w kościele widać, jakieś męczeńskie pozy - ni to skłon, ni to przykucnięcie, jakieś paralityczne skłony na wygiętych kończynach, z miną wielce cierpiętniczą. Klękamy, rzucając się obunóż na kolana. A najważniejsze, by klatkę z piersiami zdeponować na czymkolwiek. Najwygodniej na rancie wanny, jak widać na załączonym obrazku, ale może być to też gołe udo męża czy koleżanki, jak wolimy. Ważne, by górna połowa ciała opierała się, by nie dźwigał jej napięty kręgosłup - tu najbardziej cierpi odcinek lędźwiowy. A my mu przynosimy ulgę.


Zdjęcie z profilu, na którym widać nie tyle zdeponowane piersi (powiedzmy sobie prawdę - bez bluzki ich też nie widać), ile odcinek kręgosłupa, jaki podpiera wanna. I tu uprzedzę liczne pytania - nie, kot nie jest niezbędny do tego procesu, aczkolwiek znakomicie zagaja rozmowę, grzeje nerki i podaje szampon.

I to by było na tyle. Proste, a genialne. Pod warunkiem, że pod dachem mamy zaufanych ludzi.



Ha i zdążyłam umyć głowę w tym roku! Zostało jeszcze 3 godziny w zapasie!

Jako, że życzenia świąteczne były na pierworodnym Skorpionie w rosole, życzenia noworoczne będą na drugorodku.

Kochani!
 ♥
Nie dajcie się ZUSowi, nie dajcie się chorobom!
 Bo wiecie, jakie zmiany czekają nas w 2015 - skierowania do okulisty, skierowanie do dermatologa, o mało co nie byłoby skierowań do ginekologa. Teraz, wybierając się do lekarza rodzinnego, trzeba brać z sobą krzesełko wędkarskie, krzyżówki, albo i wałowkę na cały dzień. Może wrócą komitety kolejkowe?
Żyjcie, na przekór rządowi dwieście lat i to w zdrowiu, bo wiecie: