Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patomechanizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą patomechanizm. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 9 sierpnia 2018

Cóż, ciągle żyję!

     Pomyślałam sobie, ze zanim wpadnę w stan estywacji w tych afrykańskich temperaturach, napiszę notkę, bo istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że potem nie uniosę martwej powieki. Jestem już połowicznie zmumifikowana i to abstrahując od wieku, który jakoś zdołałam osiągnąć, ale dlatego, że w pokoju mam tyle stopni, ile panuje w Dolinie Królów w lipcu, więc mogę odegrać pewną, kluczową rolę w tej antycznej tragedii. 
     
     Spoglądając krytycznie w lustro, zastanawiam się też, czy nie kłaść się na noc plackiem na podłodze. Przy podłodze jest zimniej, bo ciepłe unosi się ku górze - to raz. A dwa, że o poranku obserwuję ślady na wykładzinie powstałe po nocnej bytności mięczaków w domu. No, niestety, nie spoconych kochanków, ale tych stworzeń mientkich, a śliskich. Śluz ślimaków zawiera niezwykle cenne substancje pozwalające zachować urodę, więc może się im rzucę pod nogę, niech mi będzie wolno zrymować. Co prawda trudno zachowywać coś, czego nie ma i nigdy nie było, ale może ślimaki wpełzną na mój galopujący zegar biologiczny i, śliniąc się obficie, zatrzymają go chociaż na dwie minuty. 
    
   Czas nieubłaganie płynie, jak wypływa wapń z kości, niepostrzeżenie, między palcami. Chciałaby dusza do raju, a ciało do sanatorium na kompleksowe podtrzymanie funkcji życiowych. 
No i nie wiem doprawdy od czego zacząć ten karkołomny spacer po moich dolegliwościach, zatem może zacznę od nóg. 
    
  Otóż odmówiły mi posłuszeństwa kolana. Na tyle, że ja, jako osoba odporna na ból, toczyłam do kubełków pot perlisty i czyste łzy, kiedy musiałam usiąść, ukucnąć, a potem wstać. A kucam notorycznie, ponieważ się nie schylam. Nie mówiąc o siedzeniu, bo jestem leniwa. Kucać trzeba do piekarnika, do pralki, do zamrażarki, do zmywarki, której nie używam, ale kucam, myjąc jej front. (Hmmm dochodzę do wniosku, ze te urządzenia są zaprojektowane dla skrzatów domowych, a na podstawie mizernych efektów ich pracy wnioskuję, że u mnie strajkują, albo się wyprowadziły zrażone marnym wiktem).
     
     Pewnego razu, po dłuższym czasie, kiedy padłam w końcu przed pralką i nie mogłam o własnych siłach dopełznąć do lodówki po kabanosa i musztardę, co już jest sygnałem alarmującym, gdyż po jedzenie wbiegłabym na K2, postanowiłam pofatygować się do lekarza. 
Błąd. Ale o tym na końcu.
    
    Wzięłam zatem tobołek i udałam się do lekarki rodzinnej. Rodzinna wypisała mi plik skierowań na wnikliwe badania płynów ustrojowych. Wyniki były o dziwo wzorcowe, więc dostałam skierowanie do lekarza reumatologa na dalszą diagnostykę i ewentualne leczenie. Szybko się pisze, ale proces swoje trwał.
    
    Kiedy w końcu się doczekałam na audiencję, licząc  z nudów kolejne siwe włosy na piersiach, lekarz reumatolog momentalnie nagrabił sobie u mnie stwierdzeniem, że w moim wieku muszę się pogodzić z bólem kolan. W moim wieku! Doprawdy... Co wolno wojewodzie, to... Błysnęłam w jego kierunku okularem, otworzyłam, a następnie zamknęłam w kieszeni scyzoryk, którym chciałam odciąć go od butli z tlenem, a którą wstydliwie chował pod biurkiem i z hipertensyjnym różanym rumieńcem opuściłam gabinet, siląc się, na ile mi skołatane zdrowie pozwoliło, na krok sprężysty i młody. Za drzwiami z nozdrzy buchnęła mi siarka, kolana zgrzytnęły złowrogo, po czym ponownie obrałam azymut  na lekarza rodzinnego.

     I znowu siedzę w poczekalni z olejową lamperią w kolorze pleśniowym  i czekam na audiencję. Tym razem dostałam polecenie udania się do medyka innej branży, mianowicie ortopedy. Dostałam się już po kilku tygodniach do lekarza słynącego z trafnych diagnoz i cudownych wręcz uzdrowień. I tu prawie osiągnęłam kres moich peregrynacji.
Ortopeda wpatrując się w obraz USG stwierdził straszliwą i nieuleczalną chorobę kolan, zapisał mi skierowanie na rehabilitację i worek paszy z flexi kolagenem na czele. Flexi jadłam, nie powiem, aczkolwiek zawiodłam się srodze na kucharzu, bo po rozpuszczeniu zawartości torebki w kubeczku, oczom i nozdrzom moim objawił się galart o zaskakującym smaku cytryn. Z regularną przykrością stosowałam kurację, w międzyczasie próbując zarejestrować się na zabiegi. Traf chciał, że w tym samym czasie dysponowałam dwoma skierowaniami - na kręgosłup i na kolana. Przy okienku poinformowano mnie, że nie mogę się leczyć kompleksowo, tylko muszę doświadczyć rozszczepienia osobowości i wybrać partię ciała, z którą przyjdę najpierw. Kiedy kuracja zostanie zakończona, mogę poddać się zabiegom na tę drugą. 
Jako, że termin oczekiwania był równy długości ciąży nosorożca, wybrałam pierwszy kręgosłup, który mi też doskwierał, ale on ciągle doskwiera, ale jako upierdliwego starca jego pierwej rzuciłam na kozetkę.

     Kiedy doczekałam się zabiegów, kręgosłup przestał mnie boleć (o cudzie niepojęty!), ale kolana doskwierały dalej, o czym poinformowałam mimochodem rehabilitanta, który podłączał mnie do prądu i zapalał nade mną lampy. Obmacał je i wziął na kozetkę z cała reszta mojej osoby. I tu nastąpił kolejny cud w moim życiu, porównywalny z wskrzeszeniem Łazarza, albowiem już po pierwszym zabiegu ból zniknął tak nagle jak się pojawił. Czy moje kolana były stare, zapytacie? Czy miały niezwykłą chorobę, którą wykrył ortopeda? Otóż nie. 
     
     W czasie, kiedy zaczęły mnie boleć, pisałam dużo na komputerze (powstawało dla PANu "Białe na białym") i przechodziłam prywatnie przez rzekę stresu. Stres właśnie spowodował, że mięśnie ud i podudzi, które były napięte jak postronki, pociagnęły rzepkę w ten sposób, że ciągnięta z dwóch stron, przylgnęła do stawu kolanowego i tarła o niego. Rehabilitant gołymi rękami doprowadził wszystko do porządku. 
Dobry rehabilitant to skarb na wagę platyny! Ile kosztuje circa 80 kilo platyny? Ho ho!



piątek, 30 stycznia 2015

O zgubnych skutkach wypinania pupki. Cz.1 - miłe złego początki.

     Dzisiaj będę straszna i opowiem Wam o moim najbardziej spektakularnym incydencie kręgosłupowym w całej mojej prehistorii.

Trzeci kwietnia 2011 roku, niedziela.
Ta data wryła się krwawymi zgłoskami w dzieje nie tylko moje, lecz całej familii.
W rolach głównych występują: Mat lat 9, Mim lat 5, Małż i ja. Oboje o 4 lata mniej niż obecnie.
 
     Tertia Aprilis powitał nas ciepłymi strumieniami słońca, poszatkowanymi przez paski żaluzji w równe plasterki, a przez siatkę osiedlowego śmietnika - jak frytki w słupki. Całe to świetliste tałatajstwo wsypało nam się na kołderki i na twarze, dlatego zerwaliśmy się z łoża tak żwawo, jak żwawo wyrywa się podduszaniec z rąk podduszacza. Kiedy tętnice szyjne odzyskały drożność, spojówki przezierność, a krew uderzyła z impetem o wnętrze czaszki, powodując uniesienie powiek i odzyskanie świadomości, ktoś z nas zrobił śniadanie. Czas natomiast zrobił swoje i wytarł już skrupulatnie informację, k t o. A jako, że nastąpił u mnie popularny syndrom psychologicznego wyparcia negatywnych emocji, podejrzewam, że byłam to ja.

     Ranek, jako rzekłam, był piękny. Forsycja strzelała pąkiem, nad pierwszymi kwiatami mniszków kołowały pszczoły i trzmiele, a nad śmietnikiem pojawiały się pierwsze nieśmiało kopulujące muchy. Z trawnika zeszły lody i śniegi, ujawniając w pełnej krasie efekty nienagannej pracy przewodów pokarmowych osiedlowych czworonogów. Ziemia pod stopami wydawała ten charakterystyczny dźwięk mokrych buziaków typu ciągutka, chcąc wessać w siebie każdego nieuważnego, zapatrzonego w błękit nad głową, przechodnia, równocześnie z drugiej strony uwalniając na świat rzadkie zielone źdźbła traw, szumnie nazywanych trawnikiem.

     W takie okoliczności przyrody chciał wniknąć, a zarazem się z nimi stopić, Małż ze swą rodziną. Wszyscy złaknieni po zimie tych efemerycznych motyli, wierzbowych habazi i by koty wyniosły się z piwnicy, przynajmniej na siku.
Reflektował jedynie Mat, dlatego zsynchronizowaliśmy zegarki i rozeszliśmy się na dwie strony świata. Mat poszedł w zielonkawe nieznane z Małżem, ja zostałam z Mimem w betonie.

     Ptaszki wesoło kwiliły za oknem, Mim przed oknem, więc niesiona na słonecznym promieniu, chęcią nadania twarzy wiosennego wyglądu za pomocą chemii kosmetycznej, udałam się przed lustro. Kilka minut i makijażowych trików później, z chaosu i piany z żelu do kąpieli, powstała Wenus. Wenus zauważyła, że Mim, słodkie dziecko, zespolił się w jedno z zabawkami, dając się całkowicie pochłonąć światu fantasy. Usiadła więc przy nim na krześle tak wdzięcznie i delikatnie jak ważka (tak, noszę okulary, i co z tego?). Ważka zawisła niemal nad samiuśkim końcem krzesełka, zakładając nóżka na nóżkę i zaczęła kontemplować efektowny proces powabnego wyginania pupci ku tyłowi. (Wszak wiosna sprzyja takim różnym idiotycznym i atawistycznym zachowaniom). Paluszki swych dłoni opierały się nadobnie na kolanku nóżki z wdziękiem zarzuconej na nóżkę drugą, która to miała kontakt z podłogą li i jedynie za pomocą paluszków. Kontemplacja i wyginanie pupci było procesem ciągłym, acz przebiegającym skokowo. Kiedy już prawie - prawie Wenus osiągnęła odpowiedni poziom upodobnienia się do pauzy ćwierćnutowej, gdy wtem poczuła w plecach bardzo dziwne uczucie. Uczucie było nieprzyjemne, ale bezbolesne, ot, coś jakby naoliwiona kula powolnie ześlizgnęła się z drugiej, na której jakimś cudem leżała. Zupełnie odmienne od pierdut!, które zazwyczaj miała.


     Wenus zdążyła pokonać jakieś cztery metry, jakie dzieliły ją od łóżka sypialni lotem koszącym, zrobić półobrót i paść horyzontalnie w poprzek łóżka, nie mogąc odtąd ruszyć niczym więcej niż powiekami i krwią w żyłach. Na szczęście język nie skleił się trwale z podniebieniem, co zwiastowało poniekąd iskrę optymizmu i cień szansy na ratunek w tej, jakże patowej, sytuacji.

- Mimku!

...

-Mimie??!!!!!

...

-MIIIIIIIIIIIIIIIIIM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- Co?

-Nie co, tylko słucham, do cholery! Przynieś mi telefon.

-Nie.

-Przynieś proszę, jestem bowiem nieruchawa i bezbronna jak wieloryb rzucony na plażę.

-Nie.

-Przynieś, proszę.

-Przeproś za brzydkie słowo.

-Przprszm.

-No, od razu inaczej - proszę mamusiu.

-#%@!&!!! Małżu, wracaj, stop. Umieram, stop. RATUNKU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


     Aby podnieść napięcie, byście mogli sięgnąć zenitu Waszych możliwości przystosowawczych do życia w stresie, oberżnę odcinek 1 w tym miejscu naszej wartkiej opowieści.

Albowiem wspominałam na początku, że dzisiaj będę okrutna.

piątek, 27 września 2013

powody choroby

   Powszechnie uważa się, że schorzenia kręgosłupa dotykają ludzi starszych, ludzi otyłych, nie dbających o siebie, prowadzących siedzący tryb życia, którzy ze sportem mają styczność tylko podczas wrzutu śmieci do kosza i sztafety z pokoju do kuchni z pilotem w ręce. Tak kiedyś myślałam, o ile w tamtych prehistorycznych czasach w ogóle o tym myślałam.


a tymczasem nie do końca...
Jako dziecko i dziewczę studenckie byłam w wiecznym ruchu. Ćwiczyłam rzetelnie na WF-ie, skakałam przez skakankę, grałam w gumę, w korale, biegałam, dyndałam na trzepaku. Jeździłam na obozy, pływałam. Wtedy nigdy nie miałam nadwagi (zważcie na czas przeszły, eh), przy wzroście 169cm ważyłam 55kg, obwód pasa 64cm, budowa sportsmenki lekkoatletki. Wysypiałam się (no, jak nie czytałam do 2 w nocy), nie ślęczałam nad komputerem, bo go nie było, w TV były dwa programy, więc siłą rzeczy żyło się bardziej na zewnątrz murów.

Niemniej to ja, a nie kto inny nabawili się na przestrzeni lat poniższych schorzeń. Piszę, bo może ktoś z Was ma to samo i możemy wzajemnie się uczyć i dać po kopniaku :)

- dwupoziomowa (a może już więcej-poziomowa) dyskopatia (z kilkumiejscowymi protruzjami pierścienia włóknistego, z uciskiem na oponę rdzenia, krążki ponoć są grubości opłatka ;))

- niestabilność kręgosłupa

- zwyrodnienie kręgosłupa

- zaostrzenie krawędzi kręgów

- spłaszczenie lordozy lędźwiowej

- ponoć krótsza lewa noga, ale możliwe, że fizjoterapeuta miał zły dzień.

- coś tam pewnie by się jeszcze pomniejszego znalazło. ;)


Jak widać, jedni mają ku temu skłonności, inni nie.

Ale jest kilka rzeczy, które mają znaczący wpływ na pojawienie się dyskopatii, o czym na pewno wiecie, żyjąc z chorobą na co dzień. Przetestowane :)

1. Struktury krążka międzykręgowego są bardzo wrażliwe na brak tlenu. Tlen niestety ma pod górkę, by dotrzeć do takich zakamarków ciała, z racji choćby tego, że nie ma tam arterii. Tlen przepływa tylko na zasadzie osmozy, co jak wiadomo, nie jest żadnym wyczynem. wskutek tego, krótko mówiąc, krążek zdycha w kwasie. Gwoździem do trumny są papierosy. Dyskopaci nie powinni mieć ćmika w ustach. Oczywiście dyskopaci takie rzeczy jednym uchem wpuszczają, drugim wypuszczają z dymem.

2. Urazy mechaniczne - u mnie było to akurat dźwignięcie stołu. Stół nie był ani wielki, ani ciężki. Zrobiłam podstawowy błąd: w czasie podnoszenia mebelka byłam skręcona na bok. Tego nie wolno robić, ale człowiek uczy się na błędach. Często panom robi się przez to kuku podczas odśnieżania. Są zgięci jak scyzoryk i z obciążeniem skręcają się, by wyrzucić to co w nocy napadało. Podobnież rzecz się ma z golfistami, pewnie dlatego kij i piłeczka są takie małe, ale u nich z kolei to podobno wszyscy mają już sztuczne szczęki. Uważam, że generalnie każdy sport uprawiany ponad siły i możliwości jest kontuzjogenny, co tu kryć.

Zapiszmy w pamiętniczku wierszyk, którymi, być może raz po raz będę Was raczyć, wybaczcie ;)

Jeśli chcesz ciężar dźwigać srogi-
stawiaj zawsze równo nogi
w jednej osi z całym ciałem
broń cię Panie przed skręcaniem!

Zapamiętaj więc, baranie:
albo schylanie- albo skręcanie!

SKŁONY Z ROTACJĄ
KOŃCZĄ SIĘ SENSACJĄ!

Nie dotyczy cyrkowców ;) No ale iluż z nas pracuje w cyrku, prawda.

3. Podobno mają tu wpływ czynniki genetyczne. Zauważam, że gdy lekarze nie wiedzą co do czego, zwalają winę na przodków.  Wnioskuję, że Adam i Ewa już w chwili zejścia na ten padół łez byli ledwo żywi.


Wrzuciłabym jeszcze do tego wora kilka przemyśleń wysnutych na podstawie własnych doświadczeń. Owszem, byłam giętka, wysportowana i smukła. Ale:

a) - codzienne czytanie książek w jednej pozycji przez kilka godzin ciurkiem z pewnością nie przysłużyło się rozwojowi mięśni przykręgosłupowych, ani żadnych innych;

b) - skolioza - na pewno spowodowała nierównomierne obciążanie kręgosłupa. Skolioza co prawda została wyprowadzona na prostą przez gimnastykę i basen, ale co zrobiła, to jej;

c) -skakanie w gumę - jest pewnikiem, że skakanie przez kilka godzin w butach na cieniuchnej, nieelastycznej i niezamortyzowanej podeszwie po betonie spowodowało w moim kręgosłupie mniej więcej taki efekt, jaki mamy wsypując mąkę do szklanki - popukajmy taką szklanką w blat, a wtedy wszystko się osunie do dna. To by tłumaczyło, dlaczego jestem taka szeroka w biodrach. Przypuszczam, że wszystkie trzewia wpadły mi do miednicy. (Wstrząsy, psychiczne również, o czym wspomnę niejednokrotnie w następnych odcinkach, są bardzo szkodliwe dla struktur kręgosłupa.) To samo obserwuje się u operatorów koparek i młotów pneumatycznych, kierowców, a może i u użytkowników wibratorów. Z tymi ostatnimi badań naukowych nie przeprowadzono;

d)-siedzący tryb pracy - o tym jednak namacalnie dowiedziałam się dopiero w pracy. Jest to czynnik bardzo destrukcyjny. Uważam, że powinniśmy unikać pracy w pozycji siedzącej, albo w ogóle pracy, która wymusza pozycje ciała. Generalnie, w skrócie - unikajmy pracy pańszczyźnianej ;)

e) -dźwiganie - no to wiadomix. Dźwigać trzeba umieć. Bez skrętów ;) I nie od razu jak Pudzian.

Wątpię, by wzrost i waga miały decydujący wpływ na powstanie choroby. Na początku słyszałam, że jestem za chuda, później, że jestem za gruba. Słyszałam również, że jestem zbyt ruchliwa, ale też, że nieruchawa. Hm.

Każdy z nas jest inny, każdy ma lub nie ma ku czemuś predyspozycji. Tak jest z talentem, tak jest z chorobą. I jedno i drugie można wypracować i wyćwiczyć, by stało się narzędziem samoulepszania, a nie destrukcyjnym.
No i trzeba się jakoś prezentować podczas badań. Ale o tym - w następnym odcinku :)

Dziękuję za uwagę. Prostujcie prostnicę i zwijajcie w eS esicę ;)