Pomyślałam sobie, ze zanim wpadnę w stan estywacji w tych afrykańskich temperaturach, napiszę notkę, bo istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, że potem nie uniosę martwej powieki. Jestem już połowicznie zmumifikowana i to abstrahując od wieku, który jakoś zdołałam osiągnąć, ale dlatego, że w pokoju mam tyle stopni, ile panuje w Dolinie Królów w lipcu, więc mogę odegrać pewną, kluczową rolę w tej antycznej tragedii.
Spoglądając krytycznie w lustro, zastanawiam się też, czy nie kłaść się na noc plackiem na podłodze. Przy podłodze jest zimniej, bo ciepłe unosi się ku górze - to raz. A dwa, że o poranku obserwuję ślady na wykładzinie powstałe po nocnej bytności mięczaków w domu. No, niestety, nie spoconych kochanków, ale tych stworzeń mientkich, a śliskich. Śluz ślimaków zawiera niezwykle cenne substancje pozwalające zachować urodę, więc może się im rzucę pod nogę, niech mi będzie wolno zrymować. Co prawda trudno zachowywać coś, czego nie ma i nigdy nie było, ale może ślimaki wpełzną na mój galopujący zegar biologiczny i, śliniąc się obficie, zatrzymają go chociaż na dwie minuty.
Czas nieubłaganie płynie, jak wypływa wapń z kości, niepostrzeżenie, między palcami. Chciałaby dusza do raju, a ciało do sanatorium na kompleksowe podtrzymanie funkcji życiowych.
No i nie wiem doprawdy od czego zacząć ten karkołomny spacer po moich dolegliwościach, zatem może zacznę od nóg.
Otóż odmówiły mi posłuszeństwa kolana. Na tyle, że ja, jako osoba odporna na ból, toczyłam do kubełków pot perlisty i czyste łzy, kiedy musiałam usiąść, ukucnąć, a potem wstać. A kucam notorycznie, ponieważ się nie schylam. Nie mówiąc o siedzeniu, bo jestem leniwa. Kucać trzeba do piekarnika, do pralki, do zamrażarki, do zmywarki, której nie używam, ale kucam, myjąc jej front. (Hmmm dochodzę do wniosku, ze te urządzenia są zaprojektowane dla skrzatów domowych, a na podstawie mizernych efektów ich pracy wnioskuję, że u mnie strajkują, albo się wyprowadziły zrażone marnym wiktem).
Pewnego razu, po dłuższym czasie, kiedy padłam w końcu przed pralką i nie mogłam o własnych siłach dopełznąć do lodówki po kabanosa i musztardę, co już jest sygnałem alarmującym, gdyż po jedzenie wbiegłabym na K2, postanowiłam pofatygować się do lekarza.
Błąd. Ale o tym na końcu.
Wzięłam zatem tobołek i udałam się do lekarki rodzinnej. Rodzinna wypisała mi plik skierowań na wnikliwe badania płynów ustrojowych. Wyniki były o dziwo wzorcowe, więc dostałam skierowanie do lekarza reumatologa na dalszą diagnostykę i ewentualne leczenie. Szybko się pisze, ale proces swoje trwał.
Kiedy w końcu się doczekałam na audiencję, licząc z nudów kolejne siwe włosy na piersiach, lekarz reumatolog momentalnie nagrabił sobie u mnie stwierdzeniem, że w moim wieku muszę się pogodzić z bólem kolan. W moim wieku! Doprawdy... Co wolno wojewodzie, to... Błysnęłam w jego kierunku okularem, otworzyłam, a następnie zamknęłam w kieszeni scyzoryk, którym chciałam odciąć go od butli z tlenem, a którą wstydliwie chował pod biurkiem i z hipertensyjnym różanym rumieńcem opuściłam gabinet, siląc się, na ile mi skołatane zdrowie pozwoliło, na krok sprężysty i młody. Za drzwiami z nozdrzy buchnęła mi siarka, kolana zgrzytnęły złowrogo, po czym ponownie obrałam azymut na lekarza rodzinnego.
I znowu siedzę w poczekalni z olejową lamperią w kolorze pleśniowym i czekam na audiencję. Tym razem dostałam polecenie udania się do medyka innej branży, mianowicie ortopedy. Dostałam się już po kilku tygodniach do lekarza słynącego z trafnych diagnoz i cudownych wręcz uzdrowień. I tu prawie osiągnęłam kres moich peregrynacji.
Ortopeda wpatrując się w obraz USG stwierdził straszliwą i nieuleczalną chorobę kolan, zapisał mi skierowanie na rehabilitację i worek paszy z flexi kolagenem na czele. Flexi jadłam, nie powiem, aczkolwiek zawiodłam się srodze na kucharzu, bo po rozpuszczeniu zawartości torebki w kubeczku, oczom i nozdrzom moim objawił się galart o zaskakującym smaku cytryn. Z regularną przykrością stosowałam kurację, w międzyczasie próbując zarejestrować się na zabiegi. Traf chciał, że w tym samym czasie dysponowałam dwoma skierowaniami - na kręgosłup i na kolana. Przy okienku poinformowano mnie, że nie mogę się leczyć kompleksowo, tylko muszę doświadczyć rozszczepienia osobowości i wybrać partię ciała, z którą przyjdę najpierw. Kiedy kuracja zostanie zakończona, mogę poddać się zabiegom na tę drugą.
Jako, że termin oczekiwania był równy długości ciąży nosorożca, wybrałam pierwszy kręgosłup, który mi też doskwierał, ale on ciągle doskwiera, ale jako upierdliwego starca jego pierwej rzuciłam na kozetkę.
Kiedy doczekałam się zabiegów, kręgosłup przestał mnie boleć (o cudzie niepojęty!), ale kolana doskwierały dalej, o czym poinformowałam mimochodem rehabilitanta, który podłączał mnie do prądu i zapalał nade mną lampy. Obmacał je i wziął na kozetkę z cała reszta mojej osoby. I tu nastąpił kolejny cud w moim życiu, porównywalny z wskrzeszeniem Łazarza, albowiem już po pierwszym zabiegu ból zniknął tak nagle jak się pojawił. Czy moje kolana były stare, zapytacie? Czy miały niezwykłą chorobę, którą wykrył ortopeda? Otóż nie.
W czasie, kiedy zaczęły mnie boleć, pisałam dużo na komputerze (powstawało dla PANu "Białe na białym") i przechodziłam prywatnie przez rzekę stresu. Stres właśnie spowodował, że mięśnie ud i podudzi, które były napięte jak postronki, pociagnęły rzepkę w ten sposób, że ciągnięta z dwóch stron, przylgnęła do stawu kolanowego i tarła o niego. Rehabilitant gołymi rękami doprowadził wszystko do porządku.
Dobry rehabilitant to skarb na wagę platyny! Ile kosztuje circa 80 kilo platyny? Ho ho!




