Pokazywanie postów oznaczonych etykietą co robi kuku kręgosłupowi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą co robi kuku kręgosłupowi. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 października 2015

Wyprawka szkolna


Zaczynam zaskakującą wiadomością: żyję!

Leżałam bykiem!





     Wakacje minęły jak sen jaki złoty, urlop jest już majacząca w oparach niepamięci przeszłością. Zresztą, dobrze, że już za mną, bo człowiek telepał się przez pół Polski tylko po to, żeby udawać białuchę na plaży. Słońce bezlitośnie spaliło mi skórę na popiół, a potem przez trzy dni sztorm rwał obłe ciało na strzępy, urywając głowę i tocząc ją po wydmach. Głowę urwało mi powtórnie gdzieś tak w połowie pobytu, kiedy to odebrałam dwa telefony alarmującej zdrowotnie treści od tych, którzy pozostali na nizinach. Wobec powyższego do końca urlopu siedziałam jak fakir na gwoździach i robiłam nimi rowki na framudze.
Na szczęście wtoczyłam się ponownie w koleiny swojego życia i telepię się dalej.

     Korzystając z chwilowej absencji kwiatu młodzieży, w tym Małża, chwytam za klawiaturę i stukam do Was Morse'em, co następuje.

     Zajmiemy się dziś oprzyrządowaniem młodzieży szkolnej. Zauważyliście, jak ciężka jest wiedza w dzisiejszych czasach? Mój kwiat jest szczupły i gibki jak pęd fasoli, a nosi w swych plecakach strąk tak ciężki, że słyszę uszami wyobraźni jak trzeszczą mu wszystkie krążki.
Mat wybujał tak bardzo, że patrzymy sobie w oczy jak równy z równym, a Mim mógłby pić mi z piersi na stojąco.

     Cóż jest niezbędne w placówce KO? Jako podkreślenie przynależności do kasty, którą cała swą osobą  w tym przypadku wypełnia matka, na pewno plecaczek z narządami. Do narządów zaliczymy zeszyty, artykuły piśmienne, tu długopisy, przyda się też taśma klejąca.










Taką taśmę to i ja chciałabym mieć. Gdyby ktoś widział, to niech mi kupi, proszę. Bardzo praktyczne. Kiedy rozleci mi się kręgosłup, skleję się taką i nikt nie pozna, że mi coś zaszwankowało w osi. Przynajmniej do pierwszej kąpieli.

W szkole teraz są szafki z kodami, szyframi, czasem na kluczyk. Można schować sobie drugie i trzecie śniadanie, worek z kapciami, zatrzasnąc kolegę, ach, ile możliwości! Koniecznie do kluczyka trzeba przyczepić brelok-bimbadło! Do wyboru, do koloru! No, z kolorem, to przesadziłam. Coś jak wota. Kto chromy, ma nóżkę-bimbadło, kto ma z głową - czaszkę. Ja tam skompletowałabym cały szkielet. Nigdy nie wiadomo co człowiekowi łupnie, a tak, jak dojazdówkę, mamy część zamienną i dotelepiemy się do najbliższego SORu samodzielnie.







     W szkole podstawowej Mata i Mima panowało bezkomórkowie. Specjalny królewski dekret zabraniał nie tyle użytkowania, co nawet posiadania komórek na terenie placówki. I bardzo dobrze, zauważam, że mało szkół dysponuje taką hipsterską, ale zdroworozsądkową odwagą w dzisiejszych czasach.
     Mat w tym roku przekroczył mury gimbazy i stał się posiadaczem komórki, co prawda nastawionej  wyłącznie na odbiór. Zmieni się to na pewno w momencie zmiany statusu społecznego na "w związku", ale jak na razie nikt nie majaczy nawet za siódmą górą. Ja wiem, że młodym babciom też nic nie majaczyło, ale nie wyprzedzajmy mitów, a tym bardziej faktów. 







     Z komórką trzeba ostrożnie! Wykonano już szereg badań, z których jasno wypływa wniosek, że komórki są szkodliwe, już nie tylko, że robią raki z mózgu, ale można całkiem stracić głowę. 

      W zasadzie, kto w dzisiejszych czasach ma smartfona, ma już wszystko, więc więcej szkolnych gadżetów stanowi zbytek. 
     O, chyba, że jeszcze wyprawka na WF, jak najbardziej! Niech się młodzież rusza, a jakże! Wybór koszulek jest zadowalający, tu reprezentanci:








No i obuwie sportowe, najważniejsze jest dobre obuwie - amortyzacja to podstawa i to dosłownie!





     Na zakończenie krótki, mobilizujący raport:

     Z powodu niećwiczenia na zlecenie okulisty, zleciał mi kręgosłup w odcinku piersiowym (i tu się sprawdza porzekadło i mądrość ludowa, że jak trwoga, to do Boga).
Masa ciała objawiła się na poziomie +15kg w stosunku do stanu sprzed mętów. Nowi czytelnicy z łatwością odnajdą odpowiedni wcześniejszy post na ten temat.
Dodam, że ze wzrokiem nie jest lepiej, mimo oszczędności wysiłkowo-ruchowych, czym udało mi się dowieść, że niekoniecznie zasadne są asekuracyjne zalecenia lekarzy.

     A teraz udam się do swojego sarkofagu. Ale tylko na chwilę!


piątek, 30 stycznia 2015

O zgubnych skutkach wypinania pupki. Cz.1 - miłe złego początki.

     Dzisiaj będę straszna i opowiem Wam o moim najbardziej spektakularnym incydencie kręgosłupowym w całej mojej prehistorii.

Trzeci kwietnia 2011 roku, niedziela.
Ta data wryła się krwawymi zgłoskami w dzieje nie tylko moje, lecz całej familii.
W rolach głównych występują: Mat lat 9, Mim lat 5, Małż i ja. Oboje o 4 lata mniej niż obecnie.
 
     Tertia Aprilis powitał nas ciepłymi strumieniami słońca, poszatkowanymi przez paski żaluzji w równe plasterki, a przez siatkę osiedlowego śmietnika - jak frytki w słupki. Całe to świetliste tałatajstwo wsypało nam się na kołderki i na twarze, dlatego zerwaliśmy się z łoża tak żwawo, jak żwawo wyrywa się podduszaniec z rąk podduszacza. Kiedy tętnice szyjne odzyskały drożność, spojówki przezierność, a krew uderzyła z impetem o wnętrze czaszki, powodując uniesienie powiek i odzyskanie świadomości, ktoś z nas zrobił śniadanie. Czas natomiast zrobił swoje i wytarł już skrupulatnie informację, k t o. A jako, że nastąpił u mnie popularny syndrom psychologicznego wyparcia negatywnych emocji, podejrzewam, że byłam to ja.

     Ranek, jako rzekłam, był piękny. Forsycja strzelała pąkiem, nad pierwszymi kwiatami mniszków kołowały pszczoły i trzmiele, a nad śmietnikiem pojawiały się pierwsze nieśmiało kopulujące muchy. Z trawnika zeszły lody i śniegi, ujawniając w pełnej krasie efekty nienagannej pracy przewodów pokarmowych osiedlowych czworonogów. Ziemia pod stopami wydawała ten charakterystyczny dźwięk mokrych buziaków typu ciągutka, chcąc wessać w siebie każdego nieuważnego, zapatrzonego w błękit nad głową, przechodnia, równocześnie z drugiej strony uwalniając na świat rzadkie zielone źdźbła traw, szumnie nazywanych trawnikiem.

     W takie okoliczności przyrody chciał wniknąć, a zarazem się z nimi stopić, Małż ze swą rodziną. Wszyscy złaknieni po zimie tych efemerycznych motyli, wierzbowych habazi i by koty wyniosły się z piwnicy, przynajmniej na siku.
Reflektował jedynie Mat, dlatego zsynchronizowaliśmy zegarki i rozeszliśmy się na dwie strony świata. Mat poszedł w zielonkawe nieznane z Małżem, ja zostałam z Mimem w betonie.

     Ptaszki wesoło kwiliły za oknem, Mim przed oknem, więc niesiona na słonecznym promieniu, chęcią nadania twarzy wiosennego wyglądu za pomocą chemii kosmetycznej, udałam się przed lustro. Kilka minut i makijażowych trików później, z chaosu i piany z żelu do kąpieli, powstała Wenus. Wenus zauważyła, że Mim, słodkie dziecko, zespolił się w jedno z zabawkami, dając się całkowicie pochłonąć światu fantasy. Usiadła więc przy nim na krześle tak wdzięcznie i delikatnie jak ważka (tak, noszę okulary, i co z tego?). Ważka zawisła niemal nad samiuśkim końcem krzesełka, zakładając nóżka na nóżkę i zaczęła kontemplować efektowny proces powabnego wyginania pupci ku tyłowi. (Wszak wiosna sprzyja takim różnym idiotycznym i atawistycznym zachowaniom). Paluszki swych dłoni opierały się nadobnie na kolanku nóżki z wdziękiem zarzuconej na nóżkę drugą, która to miała kontakt z podłogą li i jedynie za pomocą paluszków. Kontemplacja i wyginanie pupci było procesem ciągłym, acz przebiegającym skokowo. Kiedy już prawie - prawie Wenus osiągnęła odpowiedni poziom upodobnienia się do pauzy ćwierćnutowej, gdy wtem poczuła w plecach bardzo dziwne uczucie. Uczucie było nieprzyjemne, ale bezbolesne, ot, coś jakby naoliwiona kula powolnie ześlizgnęła się z drugiej, na której jakimś cudem leżała. Zupełnie odmienne od pierdut!, które zazwyczaj miała.


     Wenus zdążyła pokonać jakieś cztery metry, jakie dzieliły ją od łóżka sypialni lotem koszącym, zrobić półobrót i paść horyzontalnie w poprzek łóżka, nie mogąc odtąd ruszyć niczym więcej niż powiekami i krwią w żyłach. Na szczęście język nie skleił się trwale z podniebieniem, co zwiastowało poniekąd iskrę optymizmu i cień szansy na ratunek w tej, jakże patowej, sytuacji.

- Mimku!

...

-Mimie??!!!!!

...

-MIIIIIIIIIIIIIIIIIM!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

- Co?

-Nie co, tylko słucham, do cholery! Przynieś mi telefon.

-Nie.

-Przynieś proszę, jestem bowiem nieruchawa i bezbronna jak wieloryb rzucony na plażę.

-Nie.

-Przynieś, proszę.

-Przeproś za brzydkie słowo.

-Przprszm.

-No, od razu inaczej - proszę mamusiu.

-#%@!&!!! Małżu, wracaj, stop. Umieram, stop. RATUNKU!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!


     Aby podnieść napięcie, byście mogli sięgnąć zenitu Waszych możliwości przystosowawczych do życia w stresie, oberżnę odcinek 1 w tym miejscu naszej wartkiej opowieści.

Albowiem wspominałam na początku, że dzisiaj będę okrutna.

poniedziałek, 24 listopada 2014

Jak skutecznie zwichrować sobie kręgosłup w kinie i to bez bójki

     Wiem, dzisiaj miało być o myciu głowy. Ale nie będzie, za co przepraszam. Dziś będzie o czymś innym, a głowę zmyję Wam następnym razem.

     Ostatnio, co za niespodzianka, byliśmy z Małżem w kinie. Całkiem niedawno, mianowicie w ostatniej dekadzie, dowiedziałam się, że multipleksy jednak nie pożarły wszystkich zapasów kukurydzy i małych kin. Okazało się, że jednym z nich jest moje ulubione kino z lat młodzieńczych, w którym to siedziałam godzinami z mym ukochanym wówczas długowłosym Mareczkiem dwumetrowcem, zabijając godziny blałek w sposób czynny ćwicząc mózg i oko.
Tutaj dygresyjka. Stojąc w bramie z rzeczonym narzeczonym, oglądaliśmy sobie plakat z repertuarem i przeżywaliśmy katusze wyboru jednego z opisywanych filmów. Nie znaliśmy jednak swego położenia względem wskazówek zegara, co kompletnie niweczyło nasze próby.

- Przepraszam pana - zagadnął Mareczek - która jest godzina? Przechodzień usłużnie odpowiedział i odszedł w siną dal. Zanim jednak zniknął w smogu, Mareczek zamachał kończyną i owłosieniem, szurnął nóżką robiąc nią kółeczko i przepraszająco szepnął: - Dziękuję. Ale jaki dziś mamy d z i e ń?

     Tak więc szczęśliwi czasu nie liczą. Teraz z liczeniem jakby lepiej u mnie, yhyhy, jednakże na deszcz urodzinowych prezentów od Małża nie liczyłam zbytnio, by się nie przeliczyć. I słusznie. Toteż, licząc na siebie i korzystając z akcji urodzinowej kina Muza (w dniu urodzin bilet oraz kawa gratis), zarezerwowałam dwa miejsca w przybytku dziesiątej muzy. 
Marzył mi się ambitny film w atmosferze przesyconej zapachem kultury i farb z plakatów, elokwentne rozmowy i kawusia przy kawiarnianym stoliczku w tamtejszej kinokawiarni czy klubokawiarni. Świadomie zrezygnowałam jednak z premiery antyputinowskiej produkcji rosyjskiej pt.: Lewiatan, inteligentnie przeczuwając, że dzikie hordy ludzkie zadepczą mnie w sposób bezpardonowy. Padło więc na seans późniejszy, czyli francuską komedię Za jakie grzechy, dobry Boże? Tytuł, jak wynika z naszych dalszych losów, był proroczy.

     Okazało się, że kasjerka owszem, zarezerwowała dla nas dwa bilety, ale bez miejscówek. Wskutek tego nie mieliśmy miejsca vis'a'vis ekranu, tylko z boku, co w sposób znaczący zmodyfikowało naszą starczą trajektorię wzroku. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

     Dzierżąc dwa bilety w dłoni udałam się do kawiarni, która okazała się ścianką barową z dwoma stolikami, po wielkości sądząc, dla pięciolatków. Mój kręgosłup jęknął, przytulił się na stojąco do podajnika reklamówek filmowych, a jego zwieńczenie zaczęło siorbać latte. Wzrok mój mógł bezkarnie pląsać po zgromadzonej publiczności. Zrobiło mi się nieco dziwnie, bowiem poczułam się jak na studiach. Zgarbiliśmy się jeszcze bardziej z Małżem, udając drugorocznych studentów geologii, a wzrok nasz odkrywał coraz to nowe pokłady kultury. Kulturę sprzedawali na kufle lub na butelki wprost z naprędce skleconej lady (i tu pojęłam brak stoliczków). Akurat trafiliśmy, o sardoniczny losie, na cykliczne święto, czy też november fest, podczas którego można zakupić w cenach promocyjnych trochę złotej kultury i, jak się okazało, wziąć udział w loteryjce. Do wygrania, a jakże, sześciopak kultury.

Marek Raczkowski, "Obywatele kultury", 2010

Kiedy wszyscy wypili co tam mieli do wypicia, otworzono drzwi, a ze środka zaczął wypływać wąskim i urywanym strumyczkiem, jak mocz chorego na pęcherz, strumyczek widzów Lewiatana.
I już, buchając parą z nozdrzy i strosząc włos, chciałam dziko sforsować niewidoczną linię oddzielającą foyer od sali kinowej (to była moja trzecia kawa, w tym pierwsza wieczorna), gdy zostałam wstrzymana w bloku przez bramkarza z dredami. Cała ludzka ciżba za mymi plecami, na których czele stałam ja- moNike z Samotraki z przekrwionymi kofeiną oczami, została przystopowana przez samotnie siedzące w pustej sali indywiduum, uparcie wpatrzone nieruchomo w napisy końcowe, spływające leniwie w dół ekranu. Minuta, dwie, trzy, lista płac nie ma końca. Po pięciu minutach indywiduum podniosło głowę, ziewnęło przeciągle i potruptało do wyjścia, kolebiąc się na boki. Ludzka tama puściła. Pierwsze co poczułam, niesiona na barkach szarżujących zalkoholizowanych studentów, to zapach stęchlizny. Potem był już tylko chaos jak przy tworzeniu świata. Każdy szukał swojego miejsca, każdy liczył głośno rzędy, a potem fotele. Wszystkie bowiem, jak jeden mąż, miały amputowane blaszki z numerkiem. Jedni liczyli od góry, drudzy od dołu. Blondyni liczyli od prawej, a brunetki od lewej. Każdy w końcu coś tam sobie obliczył, usiadł sąsiadowi na kolanach, podskoczył ukłuty w zadek obcymi kościstymi kolanami, kilka ochów i achów, loteryjka piwna, aż wreszcie, z 20-minutowym poślizgiem zaczęło się. I tu, ku mojemu osłupieniu, wszyscy jak na rozkaz jedną ręką wyjęli zakupione na wynos duble flaszek z piwem, a drugą komórki. Jedne ręce flaszki otwierały, drugie fotografowały, naprzemiennie wywalając zdjęcia na fejsa. My, oszołomieni, siedzieliśmy z pustymi ręcami i o suchym pysku. Wszystkie fotele zostały wysycone zadkami, a powietrze atmosferą kultury.

- Czuję się jak w Ikarusie - wyznał skonfundowany Małż przyciskając nasze płaszczyki do łona. - Śmierdzi tu stęchlizną, piwskiem, dookoła dziki tłum, kolanami dotykam kobiety z przodu, z tyłu oddech ociepla mi mego jeża, a do prawego mego boku tuli się jakaś nieznajoma. Ale, tak, jak chciałaś, ma luba, nie ma popcornu!

     Prawie cały film spędziłam walcząc z atakami paniki i tuląc się płomiennie do Małża, gdyż sąsiad z lewej popijał szerokim gestem wygraną w loteryjkę, więc w walce o wspólny podłokietnik byłam z góry skazana na porażkę. Dwie godziny w pozycji paragrafu karnego zrobiły swoje. Wszystkie krążki wypadły mi z mokrym cmoknięciem i postanowiły spotkać się w lewym rejonie przedostatniego kręgu lędźwiowego. Cały następny miesiąc zajął mi powrót do pionu i stanu używalności.

Nie ma to jak upojny urodzinowy wieczór!

czwartek, 29 maja 2014

czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...?!

     Zamierzam pobić rekord świata w ilości wyhodowanych na własnej piersi chorób. Jestem jak rodzinny dom dziecka. Ciasno, głośno, ale każde kolejne jakoś się pomieści. Tylko, że moi wychowankowie nie opuszczają domu z chwilą osiągnięcia pełnoletności. Wręcz sprowadzają własne dzieci. No ale nie będę przecież odcinać członków rozżarzonym prętem. Taka jestem wspaniałomyślna.

     Do tej pory patrząc na gładkie powierzchnie, niebo, i na wszystko dookoła w jasne, słoneczne dni widziałam taki obraz:


Te dziwne robaczki brałam kiedyś za bakterie, które pełzają mi po powierzchni gałki ocznej i uznałam je za nieszkodliwych stałych lokatorów. Z biegiem czasu uświadamiałam sobie, że chyba jednak nie mam tak doskonałego narządu, żeby widzieć gołym okiem, a właściwie na gołym oku, bakterie. Pomyślałam więc o nicieniach i małych tasiemczykach ♥ Otrząsając się z lekka, obrzydzenie kazało mi odrzucić tę tezę. Wobec tego wierna byłam już hipotezie o mikrobliznach na rogówce powstałych na skutek licznych urazów oczu oraz po wieloletnim noszeniu soczewek kontaktowych. Z widokiem tym zżyłam się i nie niepokoiłam się żyjątkami. Nadmienię, że wszystkie te paranaukowe hipotezy wymyśliłam samodzielnie :)
Pewnego dnia zorientowałam się, że doszło coś nowego, że to, co fruwa mi przed oczami między robaczkami, to nie są jednak muchy, co rezolutnie uświadomiłam sobie bo braku dopływu efektów dźwiękowych. Chyba, że padło mi również na słuch, co bardzo możliwe. Ni z gruszki, ni z pietruszki widzę, że moje robaczki grają w piłkę, co wygląda tak:


Moja piłeczka jest jednak mniejsza i zlokalizowana na godzinie siódmej. Jestem perfekcjonistką diagnostyczną, ha!
Dwa dni zajęło mi uświadamianie sobie czy i gdzie widzę plamkę. Oraz którym okiem. A nie jest to takie proste, gdyż piłeczka wypadała za płot pola widzenia w momencie, gdy zaczynałam ją śledzić wzrokiem. Raz cieszyłam się, że jednak mi się przywidziało i mam omamy, raz popadałam w przygnębienie, że jednak nie. Udało mi się samą siebie zinwigilować na tyle, że wyłapałam ją w prawym oku. Wyłapawszy, umówiłam się wzorcowo na wizytę u okulisty. Nie zaglądałam do spodni wujkowi Google. Wszystkim to odradzam. Kilka lat temu wujek powiedział mi, że moje dolegliwości i objawy, z innej niż ortopedyczna, tym razem i o dziwo, puli, wskazują ni mniej ni więcej, że mam raka nerki. A może i obu. Wujek jest histerykiem i hipochondrykiem, więc jeśli do tego dołożyć moją nerwicę i hipochondrię, robi się hipochondria kwadrat czyli nagrobek dla psychiki.

     Na wizytę czekałam miesiąc, po czym wczoraj została rozwiana tajemnica robaków. Okazało się, że w moim oku zamieszkały męty ciałka szklistego. Ku mojemu zdziwieniu nie pływają po powierzchni oka, ale w jego wnętrzu. Poczułam się nieco zbombardowana kolejną wiadomością, że mój mroczek piłka jest wynikiem stresu (pff) i powstał podczas pęknięcia żyłki/wysiłku/niewiadomoczego/krótkowzroczności/płci/wytrącenia kolagenu/wieku/. Niepotrzebne skreślić, jedno z siódmym powiązać i podzielić przez trzecie.

     Nie omieszkałam przepytać domowników na tę okoliczność. Zarówno Mat, Mim, jak i Mamina, nie widzą mętów, a ich ściany i niebo są bez skazy. Moje niebo i ściany są ze skazą i skazane na porażkę.

- Małżu - pytam - co widzisz na ścianie?

- Ale, że co? Obrazki widzę, o, mucha chodzi.

Ożywiłam się, bo miałam nadzieję, że i on jest upośledzony. Ale nie, mucha w istocie kroczyła dostojnym marszowym krokiem i spluwała przez ramię na podłogę.

-Nie o to mi chodzi, Małżu. Czy widzisz coś innego niż ścianę? Niż jej  kolor i fakturę?

Wzrok Małża wbił się we mnie jak obcas w masło i przeszył na wylot.

- Widzę ścianę. Po prostu ścianę. - utrzymywał swoją linię obrony Małż.

- Ale jak się tak zastanowisz głębiej i wpatrzysz w ścianę, patrząc równocześnie jakby na powierzchnię własnego oka- mina Małża ulegała inwolucji i odczłowieczeniu - to czy nie wydaje Ci się aby, że ta ściana jakby błyskała mnóstwem takich drobinek, jakby jakiś złoty piasek ją pokrywał, takie ziarno fotograficzne  i piksele w kolorze lekko gaszonej żółci i bieli na czarnym tle?

- Wiesz... Jakby się tak przypatrzeć, ale tak mocno przypatrzeć, a wręcz wypatrzeć i wytrzeszczyć, to w tym mroku, który nas ogarnia (jest wszak godzina 23), to faktycznie jakby jakieś ziarno było. A czy Ty mi się tak samo przypatrujesz jak tej ścianie? - zadrżał Małż.

- Jasne. Wiem nawet, o czym myślisz, ale znam Cię jak, nomen omen, łysego konia i przebiegam tylko wzrokiem po Twojej powierzchowności. Wystarczy mi tylko rzut oka na Ciebie i już wiem co robiłeś 15 minut temu i co będzie na obiad. A pod powiekami co masz?

-Oczy.

- No jasne, ale co widzisz?

- Nic.

-Jak to nic?! Musisz coś widzieć. Patrz na swoje powieki od wewnątrz. Nie widzisz tych czarnych i czerwonych plam i rozbłysków między nimi?!

- Nie patrzyłem nigdy na powieki od wewnątrz. Ale no wiesz, w sumie to faktycznie to widzę. Jezusie, ależ ty patrzysz wnikliwie, Małżowino!

- No. Widzisz, że widać i że widzisz.

Jakież zalecenia dostałam od pani doktor, zapytacie. Otóż. Nie ma lekarstwa na męty, zarówno w życiu zewnętrznym jak i wewnętrznym. Zaleca pobieranie Vitroftu być może zahamuje kolejne mroczki. A może nie.
W drugim oku znalazła dla urozmaicenia dwugodzinnego chyba pobytu, nad siatkówką wyrzut barwnika. Już nie wnikałam, co to znaczy, zaleciła mi kontrolowanie czy widzę proste linie w zeszycie w kratkę, czyli czy mi się nie odklei siatkówka i nie stracę wzroku. Bo że krótkowzroczność mam i angiopatię, to się już przyzwyczaiłam.




Ale do czego zmierzam i brnę w mroku dążąc do konkluzji kręgosłupowej: jak tu przestrzegać zaleceń lekarzy, kiedy jedne zalecenia wykluczają drugie:

I tak: ortopeda i fizjoterapeuta zalecają ćwiczenia. Ortopeda inne, fizjo inne. Te, które zaleca fizjoterapeuta, ortopeda uznaje wręcz za szkodliwe. Orto zakazuje skrętów tułowia, fizjo wręcz przeciwnie. Zgadzają się jedynie co do gimnastyki rehabilitacyjnej w wodzie, na którą już i tak nie chodzę ze względów szczupłości, niestety wyłącznie portfela, więc takie trochę pyrrusowe zwycięstwo.
Dalej:
Okulista zakazuje dźwigać, schylać się, wysilać, ćwiczyć w ogóle, przynajmniej przez miesiąc, do następnego spotkania. Przez miesiąc to mój kręgosłup może się zamienić w grzechoczący worek niespodzianek. No, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...

Kiedyś miałam zapalenie pęcherza moczowego. Ponoć, bo badania tego nie wykazały. Kichnęłam tak mocno, że coś mi pękło i w moczu miałam krew. Potem faktycznie mnie wszystko bolało jak przy zapaleniu pęcherza, panie znają tę przyjemność , jakby drut kolczasty pchali bez znieczulenia. Przez kilka tygodni pchali we mnie antybiotyki, a na końcu stwierdzili, że to ból psychogenny i pęcherz przeszedł w fazę nadreaktywności. Dostałam od urologa magiczny lek w cenie 80zł, który daje mi oto w darze, na próbę, gdyż dostał w ramach współpracy z przemysłem farmaceutycznym.
Przestudiowałam ulotkę, a muszę Wam powiedzieć, że nic nie dziąła na mnie tak ozdrowieńczo jak czytanie ulotek. Mój pęcherz nadreaktywny to był pluszowy miś w porównaniu ze skutkami ubocznymi tego leku. Pokazałam go kardiologowi (arytmia i nadciśnienie), a ten pokręcił głową, złożył usteczka w O i zajęczał: uuuu jak my, kardiolodzy boimy się takich leków! No a ja?! Ja tym bardziej! Więc nie zażyłam ze strachu, że zejdę z tego świata. A jaka byłam skołowana!

     Ale wszyscy razem zgadzają się co do jednego - nie wolno się denerwować, spinać, stresować. Takie stany emocjonalne nie dość, że szkodzą oczom, to powodują skrócenie mięśni, przez co siły przenoszą się na wszelkie stawy, poza tym nierozciągnięty i niewyluzowany mięsień przy gwałtownym ruchu potrafi sobie zerwać torebkę, a nawet ścięgno, czego nie lubimy (zwłaszcza jak zerwie się torebka z pełnym portfelem i komórką w luksiurnej obudowie). Żyje ktoś bez stresów? To poproszę namiary, odwiedzę i wypijemy meliskę pro forma. Ja w takim właśnie stanie żyję permanentnie od 15 miesięcy. Żyję w okopach i patrzę z której strony tym razem mi się dostanie. Tym razem dostało mi się odłamkowym po oczach.

     Tak więc kardiolog, urolog, okulista, fizjoterapeuta, wykluczają wzajemnie teorie i zalecenia interlokutorów, więc ja jako pacjent, ale pacjent w miarę wyedukowany, pozwolę sobie obrać ścieżkę wydającą mi się najwłaściwszą wśród takiego gąszczu wiedzy, nakazów i zakazow. Ścieżka ta nazywa się Zdrowy Rozsądek. 

Cristina Troufa

     Takie krzyżujące się teorie lekarzy są najbardziej bolesne w trakcie zaostrzeń bólowych. Jeden lekarz od razu każe ćwiczyć, inny zakazuje ćwiczeń, dopóki nie minie stan zapalny. Lekarze zalecają jedne zabiegi, fizjo odradzają. Jedni masaż, inni o-jezu-tylko-nie-masaż. Takie wykluczające się opinie wpływają destrukcyjnie na poczucie pewności, stabilności emocjonalnej i zdrowia psychicznego pacjenta, który nie dość, że jest zrozpaczony swoją sytuacją, wielką niewiadomą, kiedy wstanie na nogi, uzależnieniem od innych i dysonansem pomiędzy tą przymusową zależnością od osób trzecich, a tym, co one mówią. Do zwariowania jeden krok, przerabiałam :)


I, co najważniejsze, czego Wam i sobie życzę:
Uśmiech by­wa ak­tem męstwa,
smu­tek to słabość i pos­ta­wa zbyt wy­god­na.
Być ra­dos­nym i dob­rym, kiedy świat jest smut­ny i zły,
to do­piero odwaga.


Małgorzata Musierowicz


czwartek, 15 maja 2014

Wszystko, co pociągające jest albo szkodliwe, albo nielegalne

     Jestem :)

     Wiecie co, oczom nie wierzę. Blog od stycznia przeżywa śmierć kliniczną przez zaniedbanie odleżyn i widzi tylko trzecim okiem światełko w tunelu, a tu raz po raz komentarze, nowi członkowie i wiadomości prywatne. I 367 wejść na bloga w ciągu ostatniego tylko miesiąca... Szok. Nie mogłam pozostać dłużej oziębła. Z ócz tryskają mi zatem łzy wzruszenia, pośladki mi drżą z podniecenia, dziękuję! To wielka mobilizacja. Społeczeństwo pragnie, społeczeństwo się domaga, społeczeństwo czeka. Vox populi vox Dei!

     To dzisiaj, dziewczęta może pościk modowy? Nie będę się skupiać na całych  outfitach, ale przejdę od razu do meritum sprawy i jądra pożądania. Oczywiście! BUTY. Buuutyyyyyyyy mmmmmm... Temat rzeka. Temat głębinowy, temat ukochany. Przepraszam wszystkie torebciary, że dzisiaj nie wspomnę o torebajkach. O torebajkach będzie może kiedy indziej, torebajki nie wywołują u mnie aż takiego pożądania i dreszczy emocji, chyba, że ważą 20 kilo i musiałabym je dźwignąć. Wtedy drżę intensywnie. A także drę outfit i drę się doniośle o pomoc.
Dla brzydkiej części społeczeństwa buty to buty. Nie mówimy do nich: czy mógłbyś mi, kochanie, przynieść te oxfordki, ani: podaj mi proszę snikersy, bo przyniosą słownik i batona. Są wspaniali, ale czegóż wymagać od istot, dla których seledyn, czy siena palona wywołują atak tępoty wzroku i kwadratową szczękę.


     Wielbię buty, waham się, czy aby nie założyć sekty Złoty Deszcz Pantofli z siedzibą u mnie w domu i skarbcem w sypialni. Członkinie i członki męskie będą spieniężać swoje majątki, a ja, guru, będę kupować sobie wciąż nowe dewocjonalia i przedmioty kultu. Ach!

     Jednymi z moich ulubionych butów są zielone Kickersy. Zieleń neonowa z lawendową niteczką i takimiż sznurowadłami. Lubię też zamszowe czerwone mokasyny za kostkę. Mam buty w kratkę, z kawałków koźlej skórki. Mam kierpce. Im buty dziwniejsze, tym bliższe memu sercu.

     Jesienią poprosiłam moją serdeczną koleżankę Dorotkę, która znam prywatnie od lat pięciu jako anglistkę mych synów, a która prowadzi znany  blog Sałatka po grecku (blog nie kulinarny) i biuro podróży po greckiej wyspie Korfu, o zakupienie dla mnie greckich sandałków na wyprzedaży. Poszła. Zobaczyła. Zakupiła. Sandałki takie, że mózg staje. Jedne ze skuwkami w kształcie motyli, drugie z liściem. Mmmm. Posiadam jakieś 10 par sandałów, owszem. Moje ulubione sandałki mają na przegubie kwiaty. Zresztą, bardzo lubię ekscentryczne buty, prym tu wiodą buty Irregular Choice. Niektóre mogłabym mieć.

     Dwa lata temu umaiłam moje lniane buty piwoniami. Sukienka nazywała się Garden, więc obuw miał stanowić swoiste continuum. Tadam! Teraz będzie zdjęcie! Oto buty. Obok piwoniowych butów - reszta rodziny minus Małż, który pstryczy. Za plecami restauracja, nie klinika ortopedyczna, o dziwo. Buty miały kilkucentymetrowy obcas. Ale jak się siedzi przy stole, to można prezentować co się chce na odnóżach, gorzej z tańcami. Na szczęście problem z głowy, bo ja nie tańczę. Nie tańczyłam nigdy w życiu, no może poloneza na studniówce i pogo na koncertach. Tyle w temacie, bardzo dla mnie bolesnym. Taniec uwłacza mojej godności, a podrygi dwóch obcych nie daj Boże ludzi napawają mnie politowaniem i hm... jakąś wewnętrzną mieszanką smutku i wstydu. Aż mi żal podrygujących w ich błazeństwie. A może tylko im zazdroszczę, nie wiem. Dzisiaj wejdę w siebie i przeanalizuję tę przykrą cechę.


     Buty kupuję namiętnie. Połowy z nich nigdy nie miałam na sobie, ćwiartkę z nich oszczędzam tak bardzo, że ich nie noszę. Otwieram szafę, napawam się widokiem, tulę do łona i zamykam.

     Ostatnio miało miejsce istne kuriozum. Wiadomym jest fakt, że obcasy są wręcz niedozwolone dla osób z problemami z kręgosłupem. Zmieniają środek ciężkości ciała, przez co łatwo o uraz, bo obciążane są chore partie kręgosłupa. Nie mówiąc już o wzroście prawdopodobieństwa upadku. Mój kręgosłup płacze na sam widok obcasów. Ad rem. Trafiłam na A. na aukcję butów przecudnej urody. Och, jakby pasowały do dżinsów! Miały idealny nosek, były na platformie, miały piękne obszycia i dziureczki. Skórka naturalna. Obcasik słupek. Uf, obcasik. Obcasisko! 12 cm żywej wysokości! Mogłabym w nich zagrać z Gordatem. I wygrać! Patrzyłam sobie na te buty i patrzyłam. Wiedziałam, że butów takich nie włożę, bo i jak? Nie dość, że na platformie, to jeszcze na niebotycznym obcasie. W takich obcasach mój kręgosłup prosiłby o dobicie po pięciu minutach. Ponadto w takim obuwiu mogłabym swobodnie napluć na głowę Małża. No dobra, może troszkę przesadzam, ale na pewno byłabym zdolna zobaczyć sklepienie jego czaszki. A nie chciałam zbytnio jej oglądać ani opluwać.
Na takich niebotycznych obcasach nie da się żyć, nie da się chodzić, nie da się oddychać. Paraliżujący strach oplatałby mi nogi wijącymi się między kolanami ścisłymi splotami, a ruchy byłyby bardzo zwracające uwagę otoczenia. Poza tym, sprawa kluczowa, były o numer za duże. Dyskwalifikacja. Ach, a tak mi się podobały! mmmm... Niemożliwe, by były moje, absurd. No ale cena 39,99! I to złotych polskich, nie euro - zrobiła swoje.
     Niecały tydzień później buty zamieszkały u mnie w szafie :)))))))) Przeszły lifting w postaci zamiany zwykłych sznurówek na fragmenty apaszki w łączkę.
 


      



(Ta przerwa powyżej jest nie do usunięcia, przepraszam za blogspota. W trzewiach technicznych posta nie ma jej. A jest w swej istocie i niewyjaśnionym istnieniu wysoce wkurzająca i niepokoi swoim niedopowiedzeniem. Taka przerwa moralnego niepokoju).

     Poniżej przegląd butów dla dyskopatek. Obcasy służą jako dawcy części zamiennych, albo stanowią swoiste trofeum poprzednich właścicielek. Jeżeli właścicielką nie jest dyskopatka, to na pewno będzie nią w przyszłości. Niektóre są naprawdę godne mojej półeczki! Zgadnijcie, które!















  Ostatnia para to już epitafium dla węża, ewentualnie, z racji kosztów, męża.

wtorek, 28 stycznia 2014

Terapia w parach czyli o zezowatym szczęściu w nieszczęściu

     Ze zgrozą zobaczyłam, boczną szpaltę ulubionych blogów na mym pierworodnym Skorpionie w rosole. Oczom moim ukazał się Kręgosłup Oralny leżący skulony na dnie ulubionych blogów, mając pod sobą już li i jedynie śp.Chustkę. Cała blogosfera już chyba zna moje przejścia bosą stopą po cierniach derenia w kwestii śmierci laptopa. Laptop umarł śmiercią raptowną w trakcie rozmowy z pewną blogerką (podczas chęci wznowienia rozmowy z rzeczoną blogerką jakiś czas później na stacjonarnym komputerze synów, nieoczekiwanie i po raz pierwszy w życiu wysiadł prąd w całym domu. Zastanawiające... Grozą powiało tym bardziej, że blogerka należy do wąskiego grona, którego członkom ni z gruszki ni z pietruszki spada dachówka z czystego nieba prosto na ciemię, zahaczając w locie o okulary, rykoszetem wybijając zęby przypadkowemu przechodniowi i zabijając siedzącego w oknie kota zwaloną donicą z zeszłoroczną choinką. Krótko mówiąc, trochę się boję o swoje zdrowie...


Ale oto jestem.
Podczas, gdy mnie nie było, z uwagi na kilkutygodniowe odcięcie od netu, pojawił się kolejny incydent kręgosłupowy i to w wersji mnogiej. Wystarczyła sekunda nieuwagi, poluzowanie cugli i wzięcie góry emocji nad rozsądkiem. Otóż po dźwignięciu koty, o czym mogliście przeczytać na Skorpionie i walnięciu w miejscu L1-L2, tąpnął mi kręgosłup na poziomie L4-L5. Z ust Waszych wyrwie się zapewne pytanie: ależ jak? Och, dźwigałaś pewnie tapczan na plecach, a w zębach gitarę, dzierżąc ją siekaczami za jedną strunę! Otóż nie. Stałam grzecznie u boku siedzącego przy komputerze Małża jak muzułmańska nałożnica, patrząc na monitor. I stałabym tak kornie dopóki nie przeczytałabym do końca artykułu, gdyby do mych nozdrzy w sposób nagły i brutalny  nie zaczął się włamywać wielce drażniący i nieprzyjemny zapach. Uznając próby lokalizacji jego źródła za pomocą ruchów skrzydełek nosa za niewystarczające, poszłam o krok dalej - pochyliłam się nad Małżem, tym razem w japońskim ukłonie gejszy. Po 0,3 sek żałowałam już swego czynu leżąc plackiem na podłodze. Okazało się, że fetor wydobywał się ze świeżo wypranego swetra Małża, który uwalniał powolnie, acz jednostajnie ordynarną woń pobranej pół godziny wcześniej od teściów - smażonej cebuli. Poniekąd odniosłam zwycięstwo, nieprawdaż, lokalizując źródło jak labrador na lotnisku.

     Kilka dni temu miałam zacząć, zlecone pół roku wcześniej, zabiegi rehabilitacyjne, których celem ma być postawienie mojego kręgosłupa na nogi. Teoretycznie 10 dni byczenia się pod aparaturą i muskularnymi dłońmi Pana Włodka pobieram 2 razy w roku (od 2 słownie DWÓCH lat, a choruję lat szesnaście). Praktyka niestety rozmija się szerokim łukiem z teorią. Pierwszy dzień storpedował mi Mim swoją niedyspozycją gastryczną (więcej tu), trzeci dzień rozwaliło mi przejście lędźwiowo-piersiowe i ponownie L1-L2. Zaiste, dobijcie mnie, waląc pałkami po kręgach jako ten Jankiel. Pójść na rehabilitację, z której nie można skorzystać ze względu na stan zdrowia - mistrzostwo.


Niemniej z przychodni nie wyszłam tak bez niczego: podczas TENSów, mimochodem chłonę sobie wlewającą się przez zasłonkę z kabiny po lewej, rozmowę o operacji kręgosłupa. Z prawej kabiny podpełza ku mnie mnie aksamitny głos kościelnego organisty i chórzysty w jednej osobie, ale z racji tego, że nie podnieciła mnie jego jonoforeza, tylko kręgosłup pacjentki z lewej, postanowiłam przełączyć się na kanał lewy. 
Jakaż czekała mnie niespodziewajka, gdy po zabiegach rzeczona pacjentka rozmawiała tym razem z panią rejestratorką. Wpięłam się zgrabnie w rozmowę, gdyż uszy moje po przesianiu przez wybiórcze sito mózgu historii o niedomykalności strun głosowych, chorych barkach i biodrach, kolanach i łokciach, wyłowiły tylko jej jeden jedyny kręgosłup, bliźniaczo podobny do mojego.

- Mam dyskopatię odcinka szyjnego.

- O, a ja lędźwiowego - powiadam. - Dwupoziomową jak na razie, ale miałam rezonans tylko odcinka lędźwiowego, więc kto wie co tam by się jeszcze znalazło, gdyby rzetelnie pomieszać.
(Jezuniu, jak to dobrze, że nie mam dyskopatii odcinka szyjnego!)

- A mi wypadło jądro miażdżyste - licytuje się pani.

- Mnie jeszcze się nie wylało, bo hamują je odpryski pierścienia włóknistego, a tałatajstwo włazi na oponę i opiera się o rdzeń kręgowy. 
(Jezu jak dobrze, że mam jądra na miejscu!)




- Mi tez się opiera o rdzeń i chcą mnie operować, wszczepiając implanty - nie daje za wygraną pani.

- O, super. Ja się już nie nadaję na implanty, mi chcą robić stabilizację od razu - uśmiecham się.

- To są te pręty w kręgosłupie, tak? - pani rzednie mina.

- Tak. Ja choruję już 16-ty rok.

- O, ja dopiero dwa - uśmiecha się pani. 

- A żadna z nas na pierwszy rzut oka nie wygląda na chorą - zauważamy niemal równocześnie i śmiejąc się przekrzywiamy głowę na bok amortyzując wstrząsy (pani) lub trzymamy się za krzyż z jednej i brzuch z drugiej (ja).

- Matko - pomyślałam uradowana, wychodząc - jak to dobrze, że nie szyjny i że jak mi walnie, to czeka mnie paraliż tylko od pasa w dół.

- Jezu jakie mam szczęście, że nie choruję już tak długo jak ta babka i że mogą mnie zoperować - słyszę uradowany głos pani przy recepcji.

Ha! Nie ma to jak psychoterapia!