Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Małż. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 listopada 2014

Jak skutecznie zwichrować sobie kręgosłup w kinie i to bez bójki

     Wiem, dzisiaj miało być o myciu głowy. Ale nie będzie, za co przepraszam. Dziś będzie o czymś innym, a głowę zmyję Wam następnym razem.

     Ostatnio, co za niespodzianka, byliśmy z Małżem w kinie. Całkiem niedawno, mianowicie w ostatniej dekadzie, dowiedziałam się, że multipleksy jednak nie pożarły wszystkich zapasów kukurydzy i małych kin. Okazało się, że jednym z nich jest moje ulubione kino z lat młodzieńczych, w którym to siedziałam godzinami z mym ukochanym wówczas długowłosym Mareczkiem dwumetrowcem, zabijając godziny blałek w sposób czynny ćwicząc mózg i oko.
Tutaj dygresyjka. Stojąc w bramie z rzeczonym narzeczonym, oglądaliśmy sobie plakat z repertuarem i przeżywaliśmy katusze wyboru jednego z opisywanych filmów. Nie znaliśmy jednak swego położenia względem wskazówek zegara, co kompletnie niweczyło nasze próby.

- Przepraszam pana - zagadnął Mareczek - która jest godzina? Przechodzień usłużnie odpowiedział i odszedł w siną dal. Zanim jednak zniknął w smogu, Mareczek zamachał kończyną i owłosieniem, szurnął nóżką robiąc nią kółeczko i przepraszająco szepnął: - Dziękuję. Ale jaki dziś mamy d z i e ń?

     Tak więc szczęśliwi czasu nie liczą. Teraz z liczeniem jakby lepiej u mnie, yhyhy, jednakże na deszcz urodzinowych prezentów od Małża nie liczyłam zbytnio, by się nie przeliczyć. I słusznie. Toteż, licząc na siebie i korzystając z akcji urodzinowej kina Muza (w dniu urodzin bilet oraz kawa gratis), zarezerwowałam dwa miejsca w przybytku dziesiątej muzy. 
Marzył mi się ambitny film w atmosferze przesyconej zapachem kultury i farb z plakatów, elokwentne rozmowy i kawusia przy kawiarnianym stoliczku w tamtejszej kinokawiarni czy klubokawiarni. Świadomie zrezygnowałam jednak z premiery antyputinowskiej produkcji rosyjskiej pt.: Lewiatan, inteligentnie przeczuwając, że dzikie hordy ludzkie zadepczą mnie w sposób bezpardonowy. Padło więc na seans późniejszy, czyli francuską komedię Za jakie grzechy, dobry Boże? Tytuł, jak wynika z naszych dalszych losów, był proroczy.

     Okazało się, że kasjerka owszem, zarezerwowała dla nas dwa bilety, ale bez miejscówek. Wskutek tego nie mieliśmy miejsca vis'a'vis ekranu, tylko z boku, co w sposób znaczący zmodyfikowało naszą starczą trajektorię wzroku. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

     Dzierżąc dwa bilety w dłoni udałam się do kawiarni, która okazała się ścianką barową z dwoma stolikami, po wielkości sądząc, dla pięciolatków. Mój kręgosłup jęknął, przytulił się na stojąco do podajnika reklamówek filmowych, a jego zwieńczenie zaczęło siorbać latte. Wzrok mój mógł bezkarnie pląsać po zgromadzonej publiczności. Zrobiło mi się nieco dziwnie, bowiem poczułam się jak na studiach. Zgarbiliśmy się jeszcze bardziej z Małżem, udając drugorocznych studentów geologii, a wzrok nasz odkrywał coraz to nowe pokłady kultury. Kulturę sprzedawali na kufle lub na butelki wprost z naprędce skleconej lady (i tu pojęłam brak stoliczków). Akurat trafiliśmy, o sardoniczny losie, na cykliczne święto, czy też november fest, podczas którego można zakupić w cenach promocyjnych trochę złotej kultury i, jak się okazało, wziąć udział w loteryjce. Do wygrania, a jakże, sześciopak kultury.

Marek Raczkowski, "Obywatele kultury", 2010

Kiedy wszyscy wypili co tam mieli do wypicia, otworzono drzwi, a ze środka zaczął wypływać wąskim i urywanym strumyczkiem, jak mocz chorego na pęcherz, strumyczek widzów Lewiatana.
I już, buchając parą z nozdrzy i strosząc włos, chciałam dziko sforsować niewidoczną linię oddzielającą foyer od sali kinowej (to była moja trzecia kawa, w tym pierwsza wieczorna), gdy zostałam wstrzymana w bloku przez bramkarza z dredami. Cała ludzka ciżba za mymi plecami, na których czele stałam ja- moNike z Samotraki z przekrwionymi kofeiną oczami, została przystopowana przez samotnie siedzące w pustej sali indywiduum, uparcie wpatrzone nieruchomo w napisy końcowe, spływające leniwie w dół ekranu. Minuta, dwie, trzy, lista płac nie ma końca. Po pięciu minutach indywiduum podniosło głowę, ziewnęło przeciągle i potruptało do wyjścia, kolebiąc się na boki. Ludzka tama puściła. Pierwsze co poczułam, niesiona na barkach szarżujących zalkoholizowanych studentów, to zapach stęchlizny. Potem był już tylko chaos jak przy tworzeniu świata. Każdy szukał swojego miejsca, każdy liczył głośno rzędy, a potem fotele. Wszystkie bowiem, jak jeden mąż, miały amputowane blaszki z numerkiem. Jedni liczyli od góry, drudzy od dołu. Blondyni liczyli od prawej, a brunetki od lewej. Każdy w końcu coś tam sobie obliczył, usiadł sąsiadowi na kolanach, podskoczył ukłuty w zadek obcymi kościstymi kolanami, kilka ochów i achów, loteryjka piwna, aż wreszcie, z 20-minutowym poślizgiem zaczęło się. I tu, ku mojemu osłupieniu, wszyscy jak na rozkaz jedną ręką wyjęli zakupione na wynos duble flaszek z piwem, a drugą komórki. Jedne ręce flaszki otwierały, drugie fotografowały, naprzemiennie wywalając zdjęcia na fejsa. My, oszołomieni, siedzieliśmy z pustymi ręcami i o suchym pysku. Wszystkie fotele zostały wysycone zadkami, a powietrze atmosferą kultury.

- Czuję się jak w Ikarusie - wyznał skonfundowany Małż przyciskając nasze płaszczyki do łona. - Śmierdzi tu stęchlizną, piwskiem, dookoła dziki tłum, kolanami dotykam kobiety z przodu, z tyłu oddech ociepla mi mego jeża, a do prawego mego boku tuli się jakaś nieznajoma. Ale, tak, jak chciałaś, ma luba, nie ma popcornu!

     Prawie cały film spędziłam walcząc z atakami paniki i tuląc się płomiennie do Małża, gdyż sąsiad z lewej popijał szerokim gestem wygraną w loteryjkę, więc w walce o wspólny podłokietnik byłam z góry skazana na porażkę. Dwie godziny w pozycji paragrafu karnego zrobiły swoje. Wszystkie krążki wypadły mi z mokrym cmoknięciem i postanowiły spotkać się w lewym rejonie przedostatniego kręgu lędźwiowego. Cały następny miesiąc zajął mi powrót do pionu i stanu używalności.

Nie ma to jak upojny urodzinowy wieczór!

niedziela, 31 sierpnia 2014

Przechodzimy do ćwiczeń właściwych

     Dochodzą do mnie niepokojące wieści, jakoby pacjenci się trochę zniecierpliwili moją tu nieobecnością, do tego stopnia, że, cytuję: powyjmowali sobie szczęki  i piaskiem z kieszeni szorują, bojąc się wyjść z poczekalni do domu, żeby Pani Doktor nie przegapić! No ja nie wiem, co za duch w narodzie! Do specjalisty to się czeka moi mili miesiącami, a tu nawet jeden jeszcze nie minął! Każdy by tak chciał, że codziennie do innego lekarza, a to recepta, a to lek, no jeszcze czego? Może w główkę cmokać? No luuuudzie! Tu się poważnie choruje, a Wy zachowujecie się, jakbyście NFZetu nie znali! Rozgrzewkę mieliście robić! A rozgrzewki nie robi się w 5 minut, dlatego zostawiłam Was, żebyście solidnie się rozgrzali! 40 stopni było i to nie pod pachą!

Jak wiecie ze Skorpiona w rosole, byliśmy w górach. Raptem cztery dni, ale sukcesów podczas wojaży było mrowie! Pierwszym z nich było to, że nie walnął mi kręgosłup! Glorija! Drugim było to, że nie utonęliśmy w wezbranych potokach. Trzecim i nie ostatnim było to, że uniknęliśmy rażenia piorunem. Tym razem chybiło i łupnęło w drzewo u sąsiada. Ostateczną chwałą oblekliśmy się zdobywając Gubałówkę (1120m n.p.m) od południowego stoku. Małż już w przeddzień zaczął pakować prowiant, traperki z rakami, namiot, kocher i małą butlę gazową. Pech chciał, że od tej strony kursowały wagoniki.

     Dobra, to ja już się rozgrzaliście, to nie traćmy czasu, bo jeszcze mi tu ostygniecie zbytnio, a niektórzy, najwięksi symulanci, gotowi są pójść o krok dalej i ostygnąć na wieki wieków.  A potem to już tylko można bawić koronera i zbierać do czapki od ZUSu. A słyszał kto, żeby ZUS dawało czapki? Bo do czapki to już w ogóle.

Przechodzimy zatem płynnie do gimnastyki.
Dzisiaj polecę Wam kilka ćwiczeń, które, jak zwykle tutaj, mają drugie, ukryte dno. Nie odkryję Hameryki, jesli powiem Wam, że będziemy piec ponownie dwie pieczenie w jednym piekarniku. Jako, że pogoda jeszcze sprzyja wentylacji płuc świeżym powietrzem (mieszkańcy Śląska mogą wykonywać je w domu nad doniczką z paprotką), proponuje się co następuje:


     Wymachy odnóży ze zraszaniem grządek najlepiej wykonywać na boso - raz, żeby nie ochlapać obuwia, dwa, znane były przypadki, kiedy obcas utknął w sitku konewki. Precedens miał już miejsce jakiś czas temu, skąd powędrował na wybiegi największych modowych marek. Zazwyczaj takie pokazy to efekt takich faux pasów i nocnych popijaw. A potem tacy kreatorzy usiłują nam wcisnąć płaszczyk z guzikiem na plecach i żabotem.
Nie muszę chyba mówić, że machać odnóżami trzeba naprzemiennie? Ćwiczenie można wykonywać w marszu, w drodze do sklepu. W drodze powrotnej do ćwiczenia dokładamy element wytrzymałościowo-siłowy w postaci zakupów po 10 kilo na każdą rękę. W konewce można donosić piwo mężowi, a w rękach reklamówki z kurczakami z rożna i peklowaną golonką.

 


     Ćwiczenie drugie polega na obustronnym unoszeniu odnóży krocznych i zataczaniu nimi łuków w taki sposób, by ze skoszonej trawy powstały foremne kupki siana. Ćwiczenie to zalecane jest zaraz po odzyskaniu przytomności i po omdleniach, bowiem unoszenie nóg pobudza cyrkulację krwi w arteriach. Należy pamiętać, by wykonywanie tego typu ćwiczeń odbywało się w odpowiednim stroju. Odpowiednim, a więc rzucającym się kolorystycznie w oczy (zalecana jest odzież neonowa, pod warunkiem, że nie padło się w jaskrach), najlepiej, by nie była to tak lubiana przez sportowców odzież typu dry fit, ponieważ znalezienie delikwenta w tak przewiewnej odzieży jest po kilku upalnych dniach niemożliwa. Zalecane są poliestry starego typu (po kilku dniach tworzy się kolorowy balon nad miejscem spoczynku napęczniały od gazów lżejszych, acz smrodliwszych od powietrza), a także wszelkiego rodzaju kresze (przy rozszarpywaniu ciała przez dziką zwierzynę odzież emituje donośne dźwięki).



Ćwiczenie trzecie polega na miarowym uderzaniu urządzeniem napędzanym ręcznie, a które powoduje eksodus roztoczy domowych. Ruchy wykonujemy energicznie, naprzemiennie, przy każdym wymachu klękamy na kolano naprzeciwległe i ubijamy ziemię pod młodymi źdźbłami trawnika. Ćwiczenie wykonuje się najlepiej w obuwiu typu szpilka, podwyższając stopień aeracji trawnika. Gdy waga nasza wynosi powyżej 90kg, można zaryzykować już brak wałowania. 


     Po zakonczeniu gimnastyki (prawda, jak szybko to zleciało? A mówicie, że 15 minut ćwiczeń to wieki!), możemy juz oddać się samym przyjemnościom! No, to ja lecę na deskę!
 

I żeby nikt mi tu nie zasłaniał się, że kule, że brak nóg, że go boli, albo, że ma zwolnienie z WF-u!




I zbiórka za 3 tygodnie!* W tym samym miejscu o tym samym czasie! Kręgosłup Oralny ma bowiem roczek!


*coś koło tego, wszak godzina umówionej wizyty w gabinecie jest czasem orientacyjnym.


sobota, 5 lipca 2014

O oczach, mętach, śladach i gimnastyce pod gołym niebem

     Jestem człowiekiem stu twarzy, pięciu przemian i tysiąca chorób. A nawet kobietą.
Jako, że wyznaczony termin nadszedł, kilka dni temu temu konsultowałam z lekarką w randze oczologa moją czarną plamę w ciałku szklistym, która pojawić się raczyła na początku maja. Męty są nadal. Zaskoczenia brak. Podejrzane przez rozszerzoną chemicznie źrenicę, zlokalizowane zostały, jak opierają się o siatkówkę i dłubiąc małym palcem w zębach popijają wino z siarką z gwinta i  zagryzają parówką.

     Ponoć stan ostry trwa 3 miesiące, podczas których zakazany jest wysiłek fizyczny, podnoszenie ciężarów, stres i denerwowanie się. Muhahahaha! No. Już. Stosuję się wybiórczo, bo ciężarów i tak nie dźwigam od 3 lat, ale w dalszym ciągu nie ćwiczę, żeby nie stracić wzroku przy wysiłku. Nie wiem co pierwsze mi się odklei - siatkówka czy kręgosłup. Zakłady przyjmuje jak zwykle Małż. Okulistka uśmiechając się nad receptą dawała mi wskazówki, co mam robić, gdy zacznę widzieć galopującą ciemność. Najlepiej nie robić nic i rączo pędzić na izbę przyjęć. - Ale to oczywiście panią nie spotka- roześmiała się rozbrajająco. No. To mam kolejny kamyczek w ogródeczku mojej hipochondrii. Dopiero co, styrana Hipochondria, bidula, zaorała ten ugór z mętami, poklepała zagony po turniach, jakoś tak ugłaskała glebę i obłaskawiła stado ryjących nerwy kretów, gdy wtem bach. W kamyku okulistki zdetonował się ładunek wybuchowy. No i pracuj od początku, grab i gładź. O dolo, moja dolo!
A dopiero niespełna tydzień temu miałam zapalenie kaletki maziowej biodra prawego, a nawet dysplazję stawu. Oraz zrzeszotnienie kości i uraz więzadeł kolanowych. Nie mówiąc o chorobliwym otłuszczeniu zarówno podskórnym jak i wielonarządowym. Po dwóch dniach okazało się, że nie potrzeba mi protezy, bo źle spałam w nocy. Tęsknię do ćwiczeń, co tu kryć. Sztywnieję i wiotczeję na zmianę, dziadzieję, czuję, że dostaję raka prostaty. Mam jądra w zaniku i sypnął mi się wąs. Mata porasta pajęczynami i pleśnią. I chociaż joga jest zabójcza dla mnie, bo jest tam szereg niesymetrycznie ustawiających ciało, ćwiczeń, to dwa z asanów są w moim arsenale i z chęcią bym je wykonała. No ale nie. Oczy. Jasny gwint. I męty!


 

Z prawej układ dowolny ćwiczeń, wystarczy krzesełko i ławeczka, więc zestaw jest nazywany wakacyjnym. Strój dowolny, ważne, by nie opinał ciasno ciała. Luz, swoboda, nonszalancja.

Lubię jeszcze jeden zestaw ćwiczeń, odchudzający. Ale uwaga! Jest to cykl ćwiczeń o wysokim poziomie trudności, mogą go wykonywać osoby o niezwykle giętkim ciele i umyśle. Układ ćwiczeń i choreografia trudny do opanowania, ale nie niemożliwy. Kilka dni ćwiczeń i można osiągnąć jako takie wyniki. Do najważniejszych należy czysta podłoga. A oto i one:


A gdybym nie miała mętów, wtedy wiadomo:



 I w parach, a jakże, z Małżem, takie tam, przed śniadaniem:



A, jako, że są wakacje i z pewnością będziecie przemieszczać się po świecie, musicie znać trendy w dziedzinie pojazdów, żeby podkreślić przynależnośc do sekty dyskopatów i innych popaprańców zdrowotnych. Latem królują jednoślady:
 


Dla osób spragnionych kontaktu z przyrodą i hm życiem pełną piersią, czteroślady:


I obyśmy się nie spotkali w dwuśladzie na sygnale. Czego winszuję zarówno Wam, jak i sobie przy pierwszym wakacyjnym weekendzie!



wtorek, 28 stycznia 2014

Terapia w parach czyli o zezowatym szczęściu w nieszczęściu

     Ze zgrozą zobaczyłam, boczną szpaltę ulubionych blogów na mym pierworodnym Skorpionie w rosole. Oczom moim ukazał się Kręgosłup Oralny leżący skulony na dnie ulubionych blogów, mając pod sobą już li i jedynie śp.Chustkę. Cała blogosfera już chyba zna moje przejścia bosą stopą po cierniach derenia w kwestii śmierci laptopa. Laptop umarł śmiercią raptowną w trakcie rozmowy z pewną blogerką (podczas chęci wznowienia rozmowy z rzeczoną blogerką jakiś czas później na stacjonarnym komputerze synów, nieoczekiwanie i po raz pierwszy w życiu wysiadł prąd w całym domu. Zastanawiające... Grozą powiało tym bardziej, że blogerka należy do wąskiego grona, którego członkom ni z gruszki ni z pietruszki spada dachówka z czystego nieba prosto na ciemię, zahaczając w locie o okulary, rykoszetem wybijając zęby przypadkowemu przechodniowi i zabijając siedzącego w oknie kota zwaloną donicą z zeszłoroczną choinką. Krótko mówiąc, trochę się boję o swoje zdrowie...


Ale oto jestem.
Podczas, gdy mnie nie było, z uwagi na kilkutygodniowe odcięcie od netu, pojawił się kolejny incydent kręgosłupowy i to w wersji mnogiej. Wystarczyła sekunda nieuwagi, poluzowanie cugli i wzięcie góry emocji nad rozsądkiem. Otóż po dźwignięciu koty, o czym mogliście przeczytać na Skorpionie i walnięciu w miejscu L1-L2, tąpnął mi kręgosłup na poziomie L4-L5. Z ust Waszych wyrwie się zapewne pytanie: ależ jak? Och, dźwigałaś pewnie tapczan na plecach, a w zębach gitarę, dzierżąc ją siekaczami za jedną strunę! Otóż nie. Stałam grzecznie u boku siedzącego przy komputerze Małża jak muzułmańska nałożnica, patrząc na monitor. I stałabym tak kornie dopóki nie przeczytałabym do końca artykułu, gdyby do mych nozdrzy w sposób nagły i brutalny  nie zaczął się włamywać wielce drażniący i nieprzyjemny zapach. Uznając próby lokalizacji jego źródła za pomocą ruchów skrzydełek nosa za niewystarczające, poszłam o krok dalej - pochyliłam się nad Małżem, tym razem w japońskim ukłonie gejszy. Po 0,3 sek żałowałam już swego czynu leżąc plackiem na podłodze. Okazało się, że fetor wydobywał się ze świeżo wypranego swetra Małża, który uwalniał powolnie, acz jednostajnie ordynarną woń pobranej pół godziny wcześniej od teściów - smażonej cebuli. Poniekąd odniosłam zwycięstwo, nieprawdaż, lokalizując źródło jak labrador na lotnisku.

     Kilka dni temu miałam zacząć, zlecone pół roku wcześniej, zabiegi rehabilitacyjne, których celem ma być postawienie mojego kręgosłupa na nogi. Teoretycznie 10 dni byczenia się pod aparaturą i muskularnymi dłońmi Pana Włodka pobieram 2 razy w roku (od 2 słownie DWÓCH lat, a choruję lat szesnaście). Praktyka niestety rozmija się szerokim łukiem z teorią. Pierwszy dzień storpedował mi Mim swoją niedyspozycją gastryczną (więcej tu), trzeci dzień rozwaliło mi przejście lędźwiowo-piersiowe i ponownie L1-L2. Zaiste, dobijcie mnie, waląc pałkami po kręgach jako ten Jankiel. Pójść na rehabilitację, z której nie można skorzystać ze względu na stan zdrowia - mistrzostwo.


Niemniej z przychodni nie wyszłam tak bez niczego: podczas TENSów, mimochodem chłonę sobie wlewającą się przez zasłonkę z kabiny po lewej, rozmowę o operacji kręgosłupa. Z prawej kabiny podpełza ku mnie mnie aksamitny głos kościelnego organisty i chórzysty w jednej osobie, ale z racji tego, że nie podnieciła mnie jego jonoforeza, tylko kręgosłup pacjentki z lewej, postanowiłam przełączyć się na kanał lewy. 
Jakaż czekała mnie niespodziewajka, gdy po zabiegach rzeczona pacjentka rozmawiała tym razem z panią rejestratorką. Wpięłam się zgrabnie w rozmowę, gdyż uszy moje po przesianiu przez wybiórcze sito mózgu historii o niedomykalności strun głosowych, chorych barkach i biodrach, kolanach i łokciach, wyłowiły tylko jej jeden jedyny kręgosłup, bliźniaczo podobny do mojego.

- Mam dyskopatię odcinka szyjnego.

- O, a ja lędźwiowego - powiadam. - Dwupoziomową jak na razie, ale miałam rezonans tylko odcinka lędźwiowego, więc kto wie co tam by się jeszcze znalazło, gdyby rzetelnie pomieszać.
(Jezuniu, jak to dobrze, że nie mam dyskopatii odcinka szyjnego!)

- A mi wypadło jądro miażdżyste - licytuje się pani.

- Mnie jeszcze się nie wylało, bo hamują je odpryski pierścienia włóknistego, a tałatajstwo włazi na oponę i opiera się o rdzeń kręgowy. 
(Jezu jak dobrze, że mam jądra na miejscu!)




- Mi tez się opiera o rdzeń i chcą mnie operować, wszczepiając implanty - nie daje za wygraną pani.

- O, super. Ja się już nie nadaję na implanty, mi chcą robić stabilizację od razu - uśmiecham się.

- To są te pręty w kręgosłupie, tak? - pani rzednie mina.

- Tak. Ja choruję już 16-ty rok.

- O, ja dopiero dwa - uśmiecha się pani. 

- A żadna z nas na pierwszy rzut oka nie wygląda na chorą - zauważamy niemal równocześnie i śmiejąc się przekrzywiamy głowę na bok amortyzując wstrząsy (pani) lub trzymamy się za krzyż z jednej i brzuch z drugiej (ja).

- Matko - pomyślałam uradowana, wychodząc - jak to dobrze, że nie szyjny i że jak mi walnie, to czeka mnie paraliż tylko od pasa w dół.

- Jezu jakie mam szczęście, że nie choruję już tak długo jak ta babka i że mogą mnie zoperować - słyszę uradowany głos pani przy recepcji.

Ha! Nie ma to jak psychoterapia!



sobota, 5 października 2013

połknięta przez rurę, czyli wiem, co czuł Jonasz ;)

   Dyskopatia nie zabija, nie stanowi bezpośredniego zagrożenia życia, więc i podejście lekarzy do tej jednostki jest pobłażliwe. Gdy pierwszy raz wyrwało mi kręgosłup z korzeniami, a także przy drugim i kolejnym razie, lekarze, o ile w ogóle, kierowali mnie każdorazowo na badanie najtańsze, jakim jest rentgen. Jeśli się nie ma osteofitów, złamanego kręgosłupa, czy wbitej akurat sztachety, to badanie to jest chyba tylko badaniem ordynowanym pro forma, by pacjent czuł się zaopiekowany. Jest to badanie mało finezyjne i mało dokładne. Na zdjęciu RTG widać tylko i wyłącznie obniżenie przestrzeni międzykręgowych, a więc można wywnioskować dyskopatię. Nie widać jednak struktur, które chorują, a wniosek medyczny jest wysuwany pośrednio. Nie widać w jakim stanie są krążki, czy jest ucisk na rdzeń, nie widać opon, nerwów, nic.

Diagnostyka schorzeń kręgosłupa, w tym dyskopatii, którą głównie opiekuje się Kręgosłup Oralny obejmuje:

- RTG - rentgen
- KT - tomografia komputerowa
- MR - rezonans magnetyczny.

Kiedy przez kilkanaście lat wchłonęłam już na tyle dużo bekereli, że Małż mógł przy mnie czytać w nocy bez zapalania lampki nocnej, nadarzyła się nieoczekiwanie sposobność dostąpienia zaszczytu bliskiego spotkania trzeciego stopnia z urządzeniem do rezonansu magnetycznego.
Gdy odczekałam swoje (gdybym chorowała na coś uleczalnego, podejrzewam, że do badania przystąpiłabym już zupełnie zdrowa), zostałam poproszona o wypełnienie formularza kwalifikującego na badanie. Pytania o padaczkę, klaustrofobię (tu skłamałam, że nie mam, wiedziałam bowiem, że szczerość tu nie popłaca, a wręcz może mnie zdyskwalifikować), rozrusznik serca (niestety nie można odbyć badania z rozrusznikiem, no a bez też się ponoć nie da). O implanty pytanie było - prócz sztyftu pod koronką implantów brak, podobnież jak i silikonowych, niestety :/  Najgorsze pytanie dotyczyło wyrażenia mojej zgody na dożylne podanie środka cieniującego czyli kontrastu, jeśli by zaszła taka potrzeba. No i tu znowu zaczęłam się bać, że jeżeli nie wyrażę zgody, to znowu nie dostąpię łaski wejścia w trzewia urządzenia, albo, co gorsza, że badanie, owszem, odbędzie się, ale bez kontrastu to nic nie widać i żegnaj Genia. I bądź tu człowieku w zgodzie z własnymi przekonaniami i chęciami. Trochę się rozminęliśmy, ale mieliśmy jeden wspólny cel.


W końcu przyszła kryska na Matyska. Drzwi od gabinetu otworzyły się i na drżących nogach przestąpiłam próg wlokąc za sobą Małża. Stanowiliśmy doskonale medyczny przykład rodzeństwa syjamskiego o wspólnej dłoni. Pani doktor niestety odrąbała nas od siebie, kierując mnie ku przebieralni, a Małża zostawiając przed przebieralnią. Musiałam porzucić w niej tymczasowo odzienie, które miało w sobie metal, tj. spodnie, stanik, biżuterię, broń. Wyszłam li i jedynie w bluzeczce, z powiewająca pod spodem wolną piersią, w majtkach i butach. I oczywiście okularach. Krokiem japońskiej gejszy przycwałowałam ku kozetce aparatu, modląc się w duchu, żeby w tym żenującym odzieniu nie zarządzili nagle alarmu przeciwpożarowego i natychmiastowej ewakuacji. Miałam położyć się na wąskiej kozetce przypominającej wnętrze bobsleja, kierując głową ku dziurze. 

- Zaraz, zaraz, ja nie dam rady! Mam wjeżdżać z prędkością szarżującego ślimaka do tej niekończącej się tuby głową naprzód? Błagam, nie! Proszę mnie wwieźć nogami do przodu! Ja wiem, że tak to nieboszczyków, ale jeżeli moja głowa wygra w tych zawodach, to tak się skończy.
I drugi warunek - Małż musi być ze mną! Najlepiej jakby wjechał tam na mnie, ewentualnie pode mną. Jeżeli nie byłoby takiej możliwości, to musi stać przy wlocie! Jak to nie można przy wlocie? Promieniowanie magnetyczne? Aaaaa. Szkodliwe, powiada pani? E, chyba nie tak bardzo? No dobrze, to gdzie może stać? U wezgłowia? Acha, ok. Będę go widzieć? Nie? O jesuu. No dobra, ma stać za linią. Całe dwa metry od głowy. Bosz... 
Pani doktor zgodziła się na zmianę pozycji, na asystę Małża, a ulgę podkreślił spadający na podłogę głaz z mojego serca. Kolejny trzymał się mocno jak kamień żółciowy i dotyczył zdjęcia okularów. Bez okularów jestem jak niepewny kret. Niestety, wjazd w protezach ocznych był niemożliwy. Trudno, nie można mieć wszystkiego.

Zatem GO! Pod głową poduszeczka, kocyk na wierzchu, jadę. JADĘ!!!! Od razu skojarzyło mi się, że wjeżdżam do komory krematorium, pogrzebowy klimat podkreślał wyraziście Małż stojący u wezgłowia z nabożną miną i ściskanymi na padołku okularami jak pękiem kwiatów. Kiedy zaraz za moimi stopami i kolanami przyszła na połykanie moich ud przez rurę, doznałam nieodpartego wrażenia graniczącego z pewnością, że zaklinuję się tu na wieki i będą mnie wypychać z drugiej strony jak mortadelę. 

- Jesteś, Małżu?!- rozpaczliwy głos, scena jak z Casablanki.

- Jestem przy Tobie! - odkrzykuje Małż, walcząc z łopotem poł płaszcza, przekrzywiając kapelusz i poprawiając papierosa w kąciku ust ;)


Wjechałam caluśka. Z ledwością mogłam przekrzywić głowę, by zobaczyć, gdzie stoi Małż. Linia, za którą stał, zniknęła mi z pola widzenia pięć kilometrów wcześniej. Poczucie pustki, osamotnienia i narastająca panika krótkowidza. Nade mną rząd światełek jak w metrze i cichy szum chłodnego nawiewu. Chwila ciszy i... nagle wokół mnie rozszalało się Guantanamo. Jakby w rurę, w której spoczywały moje ledwo żywe szczątki doczesne waliło bejsbolami dziesięciu recydywistów, a pięciu skinów kiboli skakało po niej okutymi glanami. I tak przez okrąglutkie 20 minut. I przez te bite, nomen omen, 20 minut leciały mi po policzkach łzy, pewnie dlatego, że dmuchało mi prosto w oczy, a może tak wpływa na kanaliki łzowe pole magnetyczne ;). W dłoni ściskałam guziczek alarmowy, który miałam włączyć, gdy coś ze mną będzie nieteges. Do ostatniej sekundy walczyłam z sobą, czy już dzwonić po pogotowie, czy jeszcze zdzierżę tę agonię, w czasie której na przemian błogosławiłam konstruktora za montaż światła wewnątrz i nawiew świeżego powietrza oraz przeklinałam za całokształt wynalazku.

Wyjazd z rury należał do jednych z najszczęśliwszych momentów mojego życia, a widok Małża ucieszył mnie jak nigdy. Co te badania robią z ludźmi.

Bezpośrednio po badaniu mieliśmy w planie wyjazd do Makro. W Makro, jak w Makro. Zrobiliśmy migiem zakupy, płacimy, wychodzimy. A tu nagle jak nie zacznie piplotać bramka przy wyjściu! Zaraz pojawił się ochroniarz i sprawdza nam towar. Towar jednakże milczy. Przechodzi przez bramkę Małż, bramka jak zaklęta. Przechodzę ja - bramka wrzeszczy i świeci na czerwono. Byłam jedynym namagnesowanym produktem. Chyba powinnam przepełznąć nad tą rozmagnesowująca płytką przy kasie. I sądząc po gabarytach, kilkukrotnie.

***

Acha, wynik, no tak. Ortopeda obejrzawszy płytę CD z fascynującym filmem ze mną w roli głównej stwierdził, że hoho, mam RENTOWY kręgosłup. Ja tam widziałam tylko grube pokłady słoniny. Na zdjęciach, tak jak i w realu, są białe.