Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ruch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ruch. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 sierpnia 2018

Rzućmy okiem na taniec

     Blog de facto jest poświęcony schorzeniom kręgosłupa i dlatego dzisiaj miało być wyłącznie o terapii tańcem, ale wstrzymam się jeszcze z pląsami, żeby Wam donieść wieści z SORu. Byłam, widziałam, bo kto bogatemu zabroni.
     Odpokutowałam w tym przybytku cztery godziny mojego żywota w potencjalnie najpiękniejszym czasie, jakim jest piątkowy wieczór, a piątkowe wieczory spędzam zwyczajowo w moim ogródku, bo pachnie tu lawendą i dmucha sierpniowym chłodem w grzywkę. Piątek, kiedy sam był jeszcze młody, jakoś krzywo mi w tę grzywkę dmuchnął, albo właśnie jadł kruche ciasteczka (chyba jedno i drugie równocześnie), bo moja niebieska gałka oczna oblała się szkarłatem. To się jednak okazało później. 


     Najpierw ni z gruchy ni z pietruchy poczułam pieczenie. Od razu pomyślałam, że mnie diabeł widłami dźga i popycha ku wrotom piekielnym albo, przed wrzuceniem mnie do kotła, wlewa ostre przyprawy oczodołem i za chwilę wlot zamknie gałką jak korkiem. Taki niebieski szklany korek to bardzo gustowne zamknięcie przecież. 



     Pieczenie ustało, gałka tkwiła na swoim miejscu, jednak dyskomfort i ból oka został ze mną, ale jako, że jestem z bólem na ty od dłuższego czasu, wytrzymałam te katusze, kompletnie je wypierając. Jakże się zdziwiłam, spoglądając kilka godzin później do lustra, by uczynić lico przyjaźniejszym światu i bliźniemu za pomocą cieni do powiek i kawałka czernidła! Połowa białka oblała się wybroczyną krwi wrzącej i tak już została. Oczywiście w tym samym momencie ból oka wzrósł gwałtownie do 7/10. Zauważyliście tę swoistą zależność? Dopóki człowiek nie widzi, co mu się stało, chodzi jak w zegarku i wypiera - czasem ludzie po wypadkach biegają na połamanych nogach, łazi się z żywym mięsem wyzierającym ze zdartego przez but bąbla. Ale jak się tylko zobaczy te żyłki, wysięki, złamania, a jeszcze w mazaje w kolorach czerwieni, to następuje nagły wyrzut adrenaliny i kortyzoli, aż dekielek pobrzękuje na szczycie czerepu i zęby szczękają jak werble. 

     To mnie kolejny raz przywiodło na rzadko uczęszczaną ścieżkę mózgową. Od jakiegoś czasu zastanawiam się na niej nad istnieniem i potencjalnymi skutkami złorzeczeń. Istnieje pewna doza prawdopodobieństwa, ze ktoś wołał do mnie: Oby cię parchy obsiadły! Obyś wyłysiała! Oby ci oko zbielało! O, właśnie. No i ja, jako wieczna optymistka, mam tę pociechę, że owszem, obsypie mnie, oko mi zbieleje, ale wierzę, że karma wraca i to nie tylko u przejedzonego psa. Ciągle żywię wysokobiałkową paszą moją wychudzoną nadzieję, że to jednak pójdzie rykoszetem i pacnie finalnie  bumerangiem osobę rzucająca słowem straszliwem. 
No bo ja, drodzy Państwo, nie widzę innej przyczyny tego co się ostatnimi czasy tu wyrabia! Na wszelki wypadek (i na poratowanie skóry), kąpię się w zdejmującym klątwy czarcim żebrze, o czym zapewne jeszcze napomknę. To zalecenie - i tu Was zadziwię - nie babki zielnej, ale doktora alergologii. 

Ad rem, póki jeszcze widzę (aha, bo walnęło mi oko z większą ilością mętów, o których czytaliście tu w pokrytej pajęczyną i kurzem przeszłości, więc nie wiem ile jeszcze się nacieszę tym organem), to teraz niech będzie o tańcu. 

(A ten najkrótszy kawał o pijących metanol znacie chyba, co?
- Panowie, pijmy szybciej, bo się ściemnia!)


A teraz, po różańcu - do tańca.

     Będąc w kwiecie wieku nie mam już złudzeń: taniec jest jak seks. Mówię tu o tangu. Byłam, widziałam, jeszcze zanim mi odjęło urodę i symetrię ócz.

     Co niedzielę w Poznaniu na Placu Wolności odbywa się Milonga Open Air - można podejrzeć na fejsuniu. Ołmajgad, jakie to piękne! Jakie sensualne, erotyczne, gęste od niedopowiedzeń! Natychmiastung chcę się nauczyć tanga! Wy też?

     Wszelkie miłe rzeczy, w tym taniec, a nawet pokuszę się o tezę, ze patrzenie na pary w uściskach, rozluźniają mięśnie, koją umysł, wciągają nas na półpiętro dobrego samopoczucia, a niekiedy i na szczyty. No a to, wiadomo, relaks i ukojenie. Ponadto naukowcy prawią, że impulsy nerwowe powstałe przy delikatnych, przyjemnych ruchach i dotyku, skaczą po synapsach szybciej, niż bólowe, dlatego przytulenie, dotyk, kojące słowa działają cuda. 
Ponadto taniec (bez nadmiernych wygibasów w pionie, bo w poziomie już można) uelastycznia ciało i działa jak gimnastyka. No i ta męska dłoń na całych plecach, można poczuć się bezpiecznie jak w fotelu!

      Zanim wykąpiecie oczy w tych wizjach, które Wam tu roztaczam, należy się szykownie ubrać. Kreacje wieczorowe dla kręgosłupowców, voila!








Do tego buty, krawaty dla Panów, o czym było kolorowo ----> tutaj

No i biżuteria, nie zapominajmy! Wybrałam klasyczną, ponadczasową elegancję: kolię, kolczyki i pierścionki. Do biżuterii jeszcze kiedyś wrócimy.






A teraz zdjęcia z wieczoru 12 sierpnia, przedsmak Nocy Perseid - kto widział?












Mmmmm, cudne, prawda? :)

No to do następnego razu! Mam nadzieję, że opanujecie do tej pory tango, a ja postaram się nie zrobić sobie krzywdy. Adios, druzja!

środa, 10 września 2014

Może trochę przedwcześnie, ale będzie o wózkach inwalidzkich.

     Dzień drugi mija nieubłaganie, odkąd spoczywam na marach. Ciałem mym wstrząsają gorączkowe dreszcze, bynajmniej nie z pożądania, a jak już, to skierowane ku poduszce elektrycznej. Między nami zawsze iskrzy pod kołdrą! Temperatura mego zewłoka przeszła granice zdrowego rozsądku. Z trzech strategicznych otworów w czaszce wypływa mi ciecz tak odrażająca, że spuszczę na nią kotarę z chusteczek. Mam bowiem w szerokim wachlarzu niedyspozycji, o sardoniczny Losie, alergię na toksyny bakteryjne. Wystarczy, że załapię katar (tym razem uprzejmie doniósł Mat), a wikła się dwa tygodnie, powodując ból głowy, gardła, zębów, oczodołów. W tym przypadku ulgę przyniosłaby dekapitacja.
Ale nim pogrążę się całkowicie w malignie i zanim kaszel wygeneruje takie ciśnienie śródczaszkowe, że wystrzeli mi ciemię w sufit, pozwólcie, że dzisiaj zrobię furorę. Opowiem Wam bowiem o najlepszej imprezie, w której uczestniczyłam ever. Wspomnienie to, nie tyle mgliste, co przykurzone, odzyskało swe nasycone barwy i soczystość po lekturze postu Kruszyzny "Coś do zabawy? Wózek inwalidzki!" KLIK!

super_zabawka
fot. z ww postu na Dzieciowo mi!

Zanim zacznę rozwijać ten sparciały sznurek z zaśniedziałego uzwojenia, naszkicuję rys historyczny procesu swojej integracji z częścią społeczeństwa zwaną niepełnosprawnymi. W życiu bym tak nie pomyślała o swoim Dziadziusiu Eugeniuszu, o którym czytaliście TUTAJ. Mój Dziadziuś nie miał nogi, miał za to protezę z pięknym wypastowanym butem w kolorach brązu, z lekkim maźnięciem wiśni przy szwach.  Prócz tego miał cukrzycę i aplikował sobie sam w tę nogę zastrzyki z insuliny. Czasem chodził o kuli, czasem o dwóch, a czasem podpierał się laską.
     Idąc tym tropem dalej, od urodzenia żyłam wśród pacjentów, strzykawek, igieł wielorazowego użytku, fiolek, ksiąg medycznych, grubaśnych, a mądrych. Całym kramem nieożywionym zarządzała Babcia, która sterylizowała wszystko w srebrnych autoklawach przecudnej urody. Na jednym palniku strzykawki, zaraz potem kompot.
     W suterenie naszej willi mieszkał Pan Welter, który miał sztuczną rękę. Ręka była ukryta w czarnej rękawiczce, druga, oparta była zawsze na lasce, ponieważ Pan Welter z racji wieku był również chromy. A wszyscy oni moczyli swe sztuczne zęby w szklankach. Obok, na działce mieszkał również pan bez dłoni (i tu również czarna skórzana rękawiczka!).
     Nie pomyślałabym jako o inwalidce o Babci Innej (tym z lekka szokującym mianem ochrzcił mamę Taty mój brat we wstydliwych czasach dziecięctwa, gdy nie potrafił jeszcze wypróżnić się samodzielnie).  Babcia Inna była po podwójnej mastektomii i pokazywała mi swoje protezy. Były to takie śmieszce koszyczki. Obecnie Jej córka, a moja Matka Chrzestna, jest również po mastektomii oraz po kilkunastu innych operacjach. (Trochę jestem obciążona genetycznie, co?) I również szprycuje się insuliną. Z ta różnicą, że w brzuch.
    Moja inna Ciocia jest 22 lata po wylewie. Pękł tętniak. Ma niedowład prawej połowy ciała, chodzi o kuli, ma szynę na nodze i afazję. A serdeczna koleżanka Taty nie miała policzka, tylko wyrwę zrobioną odłamkiem bomby. Uśmiech miała na drugim policzku. Tata nazywał ją Krycha Spirytuśnica; z bratem przez wiele lat zastanawialiśmy się nad genezą tej kolorowej ksywki, nie czując nigdy z policzkowych ust Krychy woni alkoholu. Okazało się, że jest ona szefową działu, w którego podziemnych, krętych lochach przechowywany był m.in. spirytus potrzebny do herbapolowskich leków.
A przyjacielem Taty był Staszek Makowski. Staszek był przemiły, ale straszliwie się jąkał. Podczas przyjęcia urodzinowego u niejakiego Hipolita, Staszek wzniósł kielich i zwraca się do kolegi:

- Hip... Hip...Hip..

-HURRA!!!! - wypala Tata.

     Zapomniałam dodać, że w mojej rodzinie byli ludzie bardzo grubi, mali, wysocy, z okularami, sztucznymi zębami, caaaaały przekrój. I cztery rodzaje wymawiania R (tu śmiem wysunąć hipotezę, że jest to uwarunkowane genetycznie, nie środowiskowo)

     Tak więc dopiero w wieku późniejszym dowiedziałam się, że są to ludzie NIEPEŁNOSPRAWNI. Hm. Niech mi który sprawny robi taki obiad, jaki potrafiła zrobić moja Babcia! Albo i sweter na dwunastu drutach! Albo niech tak pięknie maluje jak Ciocia! Niepełnosprawni! Pf! A to dobre sobie! Hhahahaha. Niepełnosprawna to jestem ja, łamaga, która przypala bigos!
      W szkole podstawowej była jedna dziewczynka z achondroplazją, druga bez palca wskazującego. Pierwsza grała na pianinie.
     To my jesteśmy niepełnosprawni, my wszyscy. Bo ludzcy. Kto jest super we wszystkim? Co?


     Po tej dygresji, przenieśmy się we wczesne lata 90-te. Z moim narzeczonym, wspomnianym Mareczkiem, postanowiliśmy odwiedzić jego największego przyjaciela, Picia. Piciu, nie wiem jakim cudem, był stróżem nocnym w ośrodku rehabilitacyjnym dla dzieci. Nie pamiętam, czy zadzwoniliśmy po koleżankę, czy od razu z nią pojechaliśmy do ośrodka, niemniej dojechaliśmy. I oczom naszym ukazał się raj dla fizjoterapeutów. Piłki, drabinki, wózki, wanny z hydromasażem! Urządziliśmy sobie na sali gimnastycznej jazdę na wózkach i wózkowy mecz piłki ręcznej. Uprzedzę pytania - byliśmy trzeźwi jak świnie. Piciu i długowłosy Mareczek mieli po blisko 2 metry wzrostu i łapy jak łopaty o zasięgu 4m, co nadawało scence rys jeszcze bardziej komiczny. Impreza wszech czasów. Z nocną kąpielą w jaccuzzi.

***

A najgorsze z najgorszych jest to, że pisząc tego posta, jem delicje i nie czuję ich smaku! Sadyzm i niepełnosprawność!


niedziela, 31 sierpnia 2014

Przechodzimy do ćwiczeń właściwych

     Dochodzą do mnie niepokojące wieści, jakoby pacjenci się trochę zniecierpliwili moją tu nieobecnością, do tego stopnia, że, cytuję: powyjmowali sobie szczęki  i piaskiem z kieszeni szorują, bojąc się wyjść z poczekalni do domu, żeby Pani Doktor nie przegapić! No ja nie wiem, co za duch w narodzie! Do specjalisty to się czeka moi mili miesiącami, a tu nawet jeden jeszcze nie minął! Każdy by tak chciał, że codziennie do innego lekarza, a to recepta, a to lek, no jeszcze czego? Może w główkę cmokać? No luuuudzie! Tu się poważnie choruje, a Wy zachowujecie się, jakbyście NFZetu nie znali! Rozgrzewkę mieliście robić! A rozgrzewki nie robi się w 5 minut, dlatego zostawiłam Was, żebyście solidnie się rozgrzali! 40 stopni było i to nie pod pachą!

Jak wiecie ze Skorpiona w rosole, byliśmy w górach. Raptem cztery dni, ale sukcesów podczas wojaży było mrowie! Pierwszym z nich było to, że nie walnął mi kręgosłup! Glorija! Drugim było to, że nie utonęliśmy w wezbranych potokach. Trzecim i nie ostatnim było to, że uniknęliśmy rażenia piorunem. Tym razem chybiło i łupnęło w drzewo u sąsiada. Ostateczną chwałą oblekliśmy się zdobywając Gubałówkę (1120m n.p.m) od południowego stoku. Małż już w przeddzień zaczął pakować prowiant, traperki z rakami, namiot, kocher i małą butlę gazową. Pech chciał, że od tej strony kursowały wagoniki.

     Dobra, to ja już się rozgrzaliście, to nie traćmy czasu, bo jeszcze mi tu ostygniecie zbytnio, a niektórzy, najwięksi symulanci, gotowi są pójść o krok dalej i ostygnąć na wieki wieków.  A potem to już tylko można bawić koronera i zbierać do czapki od ZUSu. A słyszał kto, żeby ZUS dawało czapki? Bo do czapki to już w ogóle.

Przechodzimy zatem płynnie do gimnastyki.
Dzisiaj polecę Wam kilka ćwiczeń, które, jak zwykle tutaj, mają drugie, ukryte dno. Nie odkryję Hameryki, jesli powiem Wam, że będziemy piec ponownie dwie pieczenie w jednym piekarniku. Jako, że pogoda jeszcze sprzyja wentylacji płuc świeżym powietrzem (mieszkańcy Śląska mogą wykonywać je w domu nad doniczką z paprotką), proponuje się co następuje:


     Wymachy odnóży ze zraszaniem grządek najlepiej wykonywać na boso - raz, żeby nie ochlapać obuwia, dwa, znane były przypadki, kiedy obcas utknął w sitku konewki. Precedens miał już miejsce jakiś czas temu, skąd powędrował na wybiegi największych modowych marek. Zazwyczaj takie pokazy to efekt takich faux pasów i nocnych popijaw. A potem tacy kreatorzy usiłują nam wcisnąć płaszczyk z guzikiem na plecach i żabotem.
Nie muszę chyba mówić, że machać odnóżami trzeba naprzemiennie? Ćwiczenie można wykonywać w marszu, w drodze do sklepu. W drodze powrotnej do ćwiczenia dokładamy element wytrzymałościowo-siłowy w postaci zakupów po 10 kilo na każdą rękę. W konewce można donosić piwo mężowi, a w rękach reklamówki z kurczakami z rożna i peklowaną golonką.

 


     Ćwiczenie drugie polega na obustronnym unoszeniu odnóży krocznych i zataczaniu nimi łuków w taki sposób, by ze skoszonej trawy powstały foremne kupki siana. Ćwiczenie to zalecane jest zaraz po odzyskaniu przytomności i po omdleniach, bowiem unoszenie nóg pobudza cyrkulację krwi w arteriach. Należy pamiętać, by wykonywanie tego typu ćwiczeń odbywało się w odpowiednim stroju. Odpowiednim, a więc rzucającym się kolorystycznie w oczy (zalecana jest odzież neonowa, pod warunkiem, że nie padło się w jaskrach), najlepiej, by nie była to tak lubiana przez sportowców odzież typu dry fit, ponieważ znalezienie delikwenta w tak przewiewnej odzieży jest po kilku upalnych dniach niemożliwa. Zalecane są poliestry starego typu (po kilku dniach tworzy się kolorowy balon nad miejscem spoczynku napęczniały od gazów lżejszych, acz smrodliwszych od powietrza), a także wszelkiego rodzaju kresze (przy rozszarpywaniu ciała przez dziką zwierzynę odzież emituje donośne dźwięki).



Ćwiczenie trzecie polega na miarowym uderzaniu urządzeniem napędzanym ręcznie, a które powoduje eksodus roztoczy domowych. Ruchy wykonujemy energicznie, naprzemiennie, przy każdym wymachu klękamy na kolano naprzeciwległe i ubijamy ziemię pod młodymi źdźbłami trawnika. Ćwiczenie wykonuje się najlepiej w obuwiu typu szpilka, podwyższając stopień aeracji trawnika. Gdy waga nasza wynosi powyżej 90kg, można zaryzykować już brak wałowania. 


     Po zakonczeniu gimnastyki (prawda, jak szybko to zleciało? A mówicie, że 15 minut ćwiczeń to wieki!), możemy juz oddać się samym przyjemnościom! No, to ja lecę na deskę!
 

I żeby nikt mi tu nie zasłaniał się, że kule, że brak nóg, że go boli, albo, że ma zwolnienie z WF-u!




I zbiórka za 3 tygodnie!* W tym samym miejscu o tym samym czasie! Kręgosłup Oralny ma bowiem roczek!


*coś koło tego, wszak godzina umówionej wizyty w gabinecie jest czasem orientacyjnym.


poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Ćwiczenia, wakacyjny szyk obuwniczy i szok stawowy oraz co nowego mi się przyplątało

     W zeszłym tygodniu miałam żółtaczkę. Objawiła się tak, jak u palaczy - pomarańczowo-żółtymi opuszkami palców. Najpierw zżółkł malutki paluszek, a potem wskazujący i fakof. Wszystkie u lewej dłoni. To ci ciekawostka. Małż orzekł, że mi się zrobiło tak od ścinania pędów lawendy, no ale lawenda jest lawendowa. Ja rozumiem mniszek lekarski, słonecznik, nasturcje, jaskółcze ziele. No ale nie lawenda! Zwłaszcza, że plamy te nie były na skórze, lecz pod skórą  i bardzo przypominały plamy opadowe. Po dwóch dniach żółtaczka ustała (może to wybroczyny po zażywaniu zamiennika Vitroftu - L-lizyny, Hy-Bio i rutinoskorbinu?) Nie wiada.
    
 Po samoistnym uzdrowieniu żółtaczki przepełzło mi to na prawicę i osiedliło się w stawie palca wskazującego, tuż za paznokciem, a także w nadgarstku. Zmieniło jedynie postać z kolorystycznej na bólową. Dolegliwości są upierdliwe głownie nad ranem, dzisiaj bolały mnie już wszystkie stawy w palcach obu rąk. Mam albo rzs albo gościec. Pewnie też dwu-trzydniowy ;)

     Trzeba wrócić mi powoli do ćwiczeń. Upały już ustały, wszak jedziemy na wakacje. Rzeczą pewną jest, że, nawet gdy kaktusy więdną przy 60C, a skóra chłonie ultrafiolety, to gdy wyjeżdżamy my - pada, jest gradobicie, które pokazują w TV, a urwanie chmury powoduje wezbranie rzek i podtopienia. Temperatury na pewno nie będą przekraczały 20C. Możecie nas zawsze pytać, kiedy wybieramy się na urlop i, po konsultacji, jechać w innym terminie. Będziecie mieć krystaliczną pogodę, zaręczam!
Wyjazd ten jest z mojej strony próbą samobójczą, gdyż zamierzamy zdobyć Tatry. Co prawda samochodem. Potem zacznie się survival - wjazd kolejką na Gubałówkę, spacer po Dolinie Kościeliskiej oraz obrona przed doznaniem wylewu krwi do mózgu i rozerwania płuc z powodu rozrzedzonego powietrza. Nie wspominając o nadciśnieniu tętniczym, które rozerwie z pewnością me arterie. Ale czego nie robi się dla dzieci, potomków form nizinnych! Pokazuje się nawet Giewont przez góralskie okienko!

    Jako rzekłam, czas szlifować formę. Trzy miesiące ostrej fazy mego krwistego męta minęły, a więc czas, który dałam sobie na wchłonięcie go. Nie wchłonąwszy go jednak, zamierzam go zabić moją ignorancją. A'propos. Doszłam do tego, co ja właściwie widzę, gdy patrzę, a nad czym zastanawiałam się w przedpoprzednim poście. Niestety, z całej rodziny widzę to tylko ja, więc czuję się wyalienowana zdziebko. Mam cichą nadzieję, że Wy też to macie. Największa nadzieja w Momarcie ;) Niemniej wszyscy podczas tych piekielnych upałów mogą mi pozazdrościć śniegu optycznego! Jak widać, snuje się za nim ogon kolejnych niedyspozycji. Ten blog nie umrze nigdy!

     Nie mitrężąc zbytnio czasu, przechodzimy gładziutko do rozgrzewki w pomieszczeniu. Zaletą ćwiczeń jest to, że możemy je wykonywać podczas czynności dnia codziennego. Wręcz niezauważenie i od niechcenia. W ten sposób osiągamy kilka celów: gibkość, jędrność, elastyczność, a przy tym czyste meble i bezkres powierzchni poziomych. Nie mówiąc o machniętym przy okazji trzydaniowym obiedzie i polepszeniu kontaktów małżeńskich.

     Zaczynamy od zamiatania. W drugiej fazie ćwiczeń można przejść brawurowo do mopa. Od czystej podłogi do gibkiego kręgosłupa w odcinku lędźwiowym tylko jeden krok!


     Po ogarnięciu linoleum, czas na ćwiczenia ogólnorozwojowe z... no właśnie  z czym? Wykażę się teraz kompletną indolencją w nazewnictwie narzędzi kuchennych, ale co to u licha jest? Dusiciel ziemniaków? Analogowa maszyna do puree? Pogromca skrobi? Kto wie?
A obiad się gotuje, niech Was nie zmyli, że na kuchence tylko przypala się woda w czajniku. 


     Gdy mięso w piekarniku dochodzi, yhy yhy, wykonujemy jaskółkę i czyścimy miejsca zabrudzone zawartością pieluch i śliniaków najmłodszych członków rodziny. Ewentualnie najstarszych, jak wiadomo bowiem, życie zaczyna się w pielusze i w niej się kończy. 
Można też sprawdzić, czy nie odpryskuje politura i zapastować ubytki. Trzeba uważać, by nie omsknęły się ręce, wtedy bowiem ubytki będą większe, a zawartość portfela mniejsza. Dentyści wszak nie tanieją.


     Po konserwacji mebli, ugotowaniu obiadu, czas pozmywać naczynia po sobie i dzieciach. Nad zlewozmywakiem wykonujemy serię przysiadów i ćwiczeń rozciągających, poprawiając cyrkulację w naczyniach limfatycznych i obiadowych.


     Wchodzimy w fazę kulminacyjną rozgrzewki, szykując się na powrót męża z pracy. Wyczuwamy to organoleptycznie oraz za pomocą bioprądów i wyczuwania promieniowania aury. Przy okazji ćwiczymy mięśnie grzbietu i skośne brzucha. Tych nigdy nie za wiele, zwłaszcza po porodach.


     Po rozgrzewce czekamy już tylko na powrót męża z pracy w jedynie słusznej pozycji, rozciągając mięśnie przykręgosłupowe, przy okazji sprawdzając, czy wikol wystarczająco chwycił.


     Jeszcze a'propos stawów. Dla ludzi, którzy mają je zdrowe proponuję jeziorny i stawowy obuw. Hit Mazur, wakacyjny przebój, must have kurortów. Wersja wieczorowa:




A dla tych, którzy nie nabijają ryb na szpile wędzarnicze, ale chcących pozostać w temacie i na fali, pozostają płaskacze i plaskacze w wersji kolejno: wieczorowej, dziennej, czyli tzw zapierdalanki oraz wersja sleepersów- wieczorno-nocna, wybitnie plaskająca i śliska. W takich dyskopaci mogą tylko leżeć.






W następnym odcinku zapoznamy się z ćwiczeniami.
Być może przyplącze się do mnie kolejna jednostka chorobowa. 
Albo będzie zupełnie odwrotnie, kto wie!
Tak, czy inaczej, będzie się działo!



sobota, 5 lipca 2014

O oczach, mętach, śladach i gimnastyce pod gołym niebem

     Jestem człowiekiem stu twarzy, pięciu przemian i tysiąca chorób. A nawet kobietą.
Jako, że wyznaczony termin nadszedł, kilka dni temu temu konsultowałam z lekarką w randze oczologa moją czarną plamę w ciałku szklistym, która pojawić się raczyła na początku maja. Męty są nadal. Zaskoczenia brak. Podejrzane przez rozszerzoną chemicznie źrenicę, zlokalizowane zostały, jak opierają się o siatkówkę i dłubiąc małym palcem w zębach popijają wino z siarką z gwinta i  zagryzają parówką.

     Ponoć stan ostry trwa 3 miesiące, podczas których zakazany jest wysiłek fizyczny, podnoszenie ciężarów, stres i denerwowanie się. Muhahahaha! No. Już. Stosuję się wybiórczo, bo ciężarów i tak nie dźwigam od 3 lat, ale w dalszym ciągu nie ćwiczę, żeby nie stracić wzroku przy wysiłku. Nie wiem co pierwsze mi się odklei - siatkówka czy kręgosłup. Zakłady przyjmuje jak zwykle Małż. Okulistka uśmiechając się nad receptą dawała mi wskazówki, co mam robić, gdy zacznę widzieć galopującą ciemność. Najlepiej nie robić nic i rączo pędzić na izbę przyjęć. - Ale to oczywiście panią nie spotka- roześmiała się rozbrajająco. No. To mam kolejny kamyczek w ogródeczku mojej hipochondrii. Dopiero co, styrana Hipochondria, bidula, zaorała ten ugór z mętami, poklepała zagony po turniach, jakoś tak ugłaskała glebę i obłaskawiła stado ryjących nerwy kretów, gdy wtem bach. W kamyku okulistki zdetonował się ładunek wybuchowy. No i pracuj od początku, grab i gładź. O dolo, moja dolo!
A dopiero niespełna tydzień temu miałam zapalenie kaletki maziowej biodra prawego, a nawet dysplazję stawu. Oraz zrzeszotnienie kości i uraz więzadeł kolanowych. Nie mówiąc o chorobliwym otłuszczeniu zarówno podskórnym jak i wielonarządowym. Po dwóch dniach okazało się, że nie potrzeba mi protezy, bo źle spałam w nocy. Tęsknię do ćwiczeń, co tu kryć. Sztywnieję i wiotczeję na zmianę, dziadzieję, czuję, że dostaję raka prostaty. Mam jądra w zaniku i sypnął mi się wąs. Mata porasta pajęczynami i pleśnią. I chociaż joga jest zabójcza dla mnie, bo jest tam szereg niesymetrycznie ustawiających ciało, ćwiczeń, to dwa z asanów są w moim arsenale i z chęcią bym je wykonała. No ale nie. Oczy. Jasny gwint. I męty!


 

Z prawej układ dowolny ćwiczeń, wystarczy krzesełko i ławeczka, więc zestaw jest nazywany wakacyjnym. Strój dowolny, ważne, by nie opinał ciasno ciała. Luz, swoboda, nonszalancja.

Lubię jeszcze jeden zestaw ćwiczeń, odchudzający. Ale uwaga! Jest to cykl ćwiczeń o wysokim poziomie trudności, mogą go wykonywać osoby o niezwykle giętkim ciele i umyśle. Układ ćwiczeń i choreografia trudny do opanowania, ale nie niemożliwy. Kilka dni ćwiczeń i można osiągnąć jako takie wyniki. Do najważniejszych należy czysta podłoga. A oto i one:


A gdybym nie miała mętów, wtedy wiadomo:



 I w parach, a jakże, z Małżem, takie tam, przed śniadaniem:



A, jako, że są wakacje i z pewnością będziecie przemieszczać się po świecie, musicie znać trendy w dziedzinie pojazdów, żeby podkreślić przynależnośc do sekty dyskopatów i innych popaprańców zdrowotnych. Latem królują jednoślady:
 


Dla osób spragnionych kontaktu z przyrodą i hm życiem pełną piersią, czteroślady:


I obyśmy się nie spotkali w dwuśladzie na sygnale. Czego winszuję zarówno Wam, jak i sobie przy pierwszym wakacyjnym weekendzie!