sobota, 25 lutego 2017

Jak to się dzieje, że po owocach czujemy się zdrowsi?

     Kolejny raz sprawdza się ludowe porzekadło, że jak trwoga to na bloga.

     Wiem, Drodzy Czytacze, wiem, mamy tu pewne zaległości do odrobienia. Jako zapiekła sklerotyczka, zacznę od rzeczy najświeższych, póki je pamiętam, bo inaczej demencja pochłonie mnie w całości, a tak, to chociaż trochę moich myśli zachowa się dla zstępnych. Co prawda marny to spadek po mnie na razie, ale kto wie, kim będę jak dorosnę? Sława za człowiekiem wlecze się bowiem dłużej niż zapach naftaliny, a jak długo wietrzy się futra po prababce, to my, pokolenie 70, wiemy.

     Zdarzyło się wczoraj, że wieczorowa porą zapragnęłam aplikacji banana drogą doustną. Jako, że me grzeszne, a ponętne ciało spoczywało w tym czasie na kanapie, a górna jego część pochłonięta była Sztuką, która wypływała z mózgu do komputera za pośrednictwem paluszków, więc była niebywale zajęta (impuls o chętce na banana torował sobie drogę blisko godzinę, zanim został rozszyfrowany), więc nie zwlokło się ono samodzielnie po owoc, tylko wyżebrało go u pierworodnego. Pierworodny, którego cechuje wrodzone lenistwo i wybiórcza głuchota, zareagował mniej więcej już po piątej prośbie. Zamachnął się owocem i wyrzucił go w moim kierunku, nadając mu niestety, rotację. Jako, że nie uchylam się prawie nigdy przed ciosem (siekiery nie łapię), wyciągnęłam obie dłonie przed siebie, chcąc pochwycić ten bumerang, zanim uderzy w monitor lub kota. A należy zaznaczyć, że kot był tańszy od monitora, więc wiadomo, co się chroni. Chcąc pochwycić banana ze zwinnością małpy, wyciągnęłam łapy, ale nie pochwyciłam go, gdyż moja zwinność daleka jest jednak od małpiej, i owoc uderzył mnie centralnie w kciuk, wbijając go do wnętrza dłoni po paznokieć. Poczułam tak rwący ból w stawie, że w oczach stanęły mi świeczki. Co tam świeczki, gromnice! Lewy mój palec od kilku miesięcy jest w stanie obniżenia przydatności do życia o jakieś 60%, gdyż najprawdopodobniej staw został wcześniej albo wybity, albo skręcony, albo nie wiem co. A palec ten, jak się przekonywałam stopniowo na przestrzeni wielu miesięcy, jest elementem organizmu często używanym i niezmiernie potrzebnym do egzystencji, nawet tak marnej jak moja. Nie można na przykład bezboleśnie podciągnąć spodni, co czyni się jak wiadomo kilka razy dziennie. Problem nabrzmiewa też przy niesieniu i myciu talerzy czy szklanek, ech, co ja tu będę relacjonować szczegóły z moich codziennych porywających zajęć... Powinnam napisać, że bół przeszkadza mi we wskazywaniu służbie co ma wykonać, no ale to nie palec wskazujący, ani nawet środkowy. 



     Przeszywający ból nie ustępował przez tysiąclecia, wulgaryzmy migały mi przed oczami na przemian z mroczkami, po czym stał się cud. Mroki ustąpiły jasności, wrodzona puszystość świata wróciła, ruchomość palca zwiększyła się, a ból jakby minął. I, odpukać, do dziś nie wrócił, a minęła prawie doba! Czy tak długo można trwać w szoku pourazowym? Okazało się, że mam znachora w domu! Teraz może podreperujemy nasz domowy budżet, proszę ustawiać się w rządku, terapia bananem jest nowatorska, ale jak widać, bardzo skuteczna. Banan musi być duuuuży i nie za bardzo dojrzały. Można pojawiać się ze swoim. Tylko nie zjeść mi go proszę w kolejce! Kto pierwszy?

4 komentarze:

  1. Mus Ci przejść na frutarianizm ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Takiego zastosowanie banana nie znałam. Aczkolwiek liczy się efekt. :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, efekt kuracji jakoś się utrzymuje. Uważam, że musiałam mieć ten palec wybity, a Mat mi go wbił :)
      Masz coś do wbicia, Izabelko? :)

      Usuń

Po każdym komentarzu autorka robi przysiad (nadal oczywiście dodawany jest 1cm w biuście).