Zamierzam pobić rekord świata w ilości wyhodowanych na własnej piersi chorób. Jestem jak rodzinny dom dziecka. Ciasno, głośno, ale każde kolejne jakoś się pomieści. Tylko, że moi wychowankowie nie opuszczają domu z chwilą osiągnięcia pełnoletności. Wręcz sprowadzają własne dzieci. No ale nie będę przecież odcinać członków rozżarzonym prętem. Taka jestem wspaniałomyślna.
Do tej pory patrząc na gładkie powierzchnie, niebo, i na wszystko dookoła w jasne, słoneczne dni widziałam taki obraz:
Te dziwne robaczki brałam kiedyś za bakterie, które pełzają mi po powierzchni gałki ocznej i uznałam je za nieszkodliwych stałych lokatorów. Z biegiem czasu uświadamiałam sobie, że chyba jednak nie mam tak doskonałego narządu, żeby widzieć gołym okiem, a właściwie na gołym oku, bakterie. Pomyślałam więc o nicieniach i małych tasiemczykach ♥ Otrząsając się z lekka, obrzydzenie kazało mi odrzucić tę tezę. Wobec tego wierna byłam już hipotezie o mikrobliznach na rogówce powstałych na skutek licznych urazów oczu oraz po wieloletnim noszeniu soczewek kontaktowych. Z widokiem tym zżyłam się i nie niepokoiłam się żyjątkami. Nadmienię, że wszystkie te paranaukowe hipotezy wymyśliłam samodzielnie :)
Pewnego dnia zorientowałam się, że doszło coś nowego, że to, co fruwa mi przed oczami między robaczkami, to nie
są jednak muchy, co rezolutnie uświadomiłam sobie bo braku dopływu
efektów dźwiękowych. Chyba, że padło mi również na słuch, co bardzo
możliwe. Ni z gruszki, ni z pietruszki widzę, że moje robaczki grają w piłkę, co wygląda tak:
Moja piłeczka jest jednak mniejsza i zlokalizowana na godzinie siódmej. Jestem perfekcjonistką diagnostyczną, ha!
Dwa dni zajęło mi uświadamianie sobie czy i gdzie widzę plamkę. Oraz którym okiem. A nie jest to takie proste, gdyż piłeczka wypadała za płot pola widzenia w momencie, gdy zaczynałam ją śledzić wzrokiem. Raz cieszyłam się, że jednak mi się przywidziało i mam omamy, raz popadałam w przygnębienie, że jednak nie. Udało mi się samą siebie zinwigilować na tyle, że wyłapałam ją w prawym oku. Wyłapawszy, umówiłam się wzorcowo na wizytę u okulisty. Nie zaglądałam do spodni wujkowi Google. Wszystkim to odradzam. Kilka lat temu wujek powiedział mi, że moje dolegliwości i objawy, z innej niż ortopedyczna, tym razem i o dziwo, puli, wskazują ni mniej ni więcej, że mam raka nerki. A może i obu. Wujek jest histerykiem i hipochondrykiem, więc jeśli do tego dołożyć moją nerwicę i hipochondrię, robi się hipochondria kwadrat czyli nagrobek dla psychiki.
Na wizytę czekałam miesiąc, po czym wczoraj została rozwiana tajemnica robaków. Okazało się, że w moim oku zamieszkały męty ciałka szklistego. Ku mojemu zdziwieniu nie pływają po powierzchni oka, ale w jego wnętrzu. Poczułam się nieco zbombardowana kolejną wiadomością, że mój mroczek piłka jest wynikiem stresu (pff) i powstał podczas pęknięcia żyłki/wysiłku/niewiadomoczego/krótkowzroczności/płci/wytrącenia kolagenu/wieku/. Niepotrzebne skreślić, jedno z siódmym powiązać i podzielić przez trzecie.
Nie omieszkałam przepytać domowników na tę okoliczność. Zarówno Mat, Mim, jak i Mamina, nie widzą mętów, a ich ściany i niebo są bez skazy. Moje niebo i ściany są ze skazą i skazane na porażkę.
- Małżu - pytam - co widzisz na ścianie?
- Ale, że co? Obrazki widzę, o, mucha chodzi.
Ożywiłam się, bo miałam nadzieję, że i on jest upośledzony. Ale nie, mucha w istocie kroczyła dostojnym marszowym krokiem i spluwała przez ramię na podłogę.
-Nie o to mi chodzi, Małżu. Czy widzisz coś innego niż ścianę? Niż jej kolor i fakturę?
Wzrok Małża wbił się we mnie jak obcas w masło i przeszył na wylot.
- Widzę ścianę. Po prostu ścianę. - utrzymywał swoją linię obrony Małż.
- Ale jak się tak zastanowisz głębiej i wpatrzysz w ścianę, patrząc równocześnie jakby na powierzchnię własnego oka- mina Małża ulegała inwolucji i odczłowieczeniu - to czy nie wydaje Ci się aby, że ta ściana jakby błyskała mnóstwem takich drobinek, jakby jakiś złoty piasek ją pokrywał, takie ziarno fotograficzne i piksele w kolorze lekko gaszonej żółci i bieli na czarnym tle?
- Wiesz... Jakby się tak przypatrzeć, ale tak mocno przypatrzeć, a wręcz wypatrzeć i wytrzeszczyć, to w tym mroku, który nas ogarnia (jest wszak godzina 23), to faktycznie jakby jakieś ziarno było. A czy Ty mi się tak samo przypatrujesz jak tej ścianie? - zadrżał Małż.
- Jasne. Wiem nawet, o czym myślisz, ale znam Cię jak, nomen omen, łysego konia i przebiegam tylko wzrokiem po Twojej powierzchowności. Wystarczy mi tylko rzut oka na Ciebie i już wiem co robiłeś 15 minut temu i co będzie na obiad. A pod powiekami co masz?
-Oczy.
- No jasne, ale co widzisz?
- Nic.
-Jak to nic?! Musisz coś widzieć. Patrz na swoje powieki od wewnątrz. Nie widzisz tych czarnych i czerwonych plam i rozbłysków między nimi?!
- Nie patrzyłem nigdy na powieki od wewnątrz. Ale no wiesz, w sumie to faktycznie to widzę. Jezusie, ależ ty patrzysz wnikliwie, Małżowino!
- No. Widzisz, że widać i że widzisz.
Jakież zalecenia dostałam od pani doktor, zapytacie. Otóż. Nie ma lekarstwa na męty, zarówno w życiu zewnętrznym jak i wewnętrznym. Zaleca pobieranie Vitroftu być może zahamuje kolejne mroczki. A może nie.
W drugim oku znalazła dla urozmaicenia dwugodzinnego chyba pobytu, nad siatkówką wyrzut barwnika. Już nie wnikałam, co to znaczy, zaleciła mi kontrolowanie czy widzę proste linie w zeszycie w kratkę, czyli czy mi się nie odklei siatkówka i nie stracę wzroku. Bo że krótkowzroczność mam i angiopatię, to się już przyzwyczaiłam.
Ale do czego zmierzam i brnę w mroku dążąc do konkluzji kręgosłupowej: jak tu przestrzegać zaleceń lekarzy, kiedy jedne zalecenia wykluczają drugie:
I tak: ortopeda i fizjoterapeuta
zalecają ćwiczenia. Ortopeda inne, fizjo inne. Te, które zaleca
fizjoterapeuta, ortopeda uznaje wręcz za szkodliwe. Orto zakazuje
skrętów tułowia, fizjo wręcz przeciwnie. Zgadzają się jedynie co do
gimnastyki rehabilitacyjnej w wodzie, na którą już i tak nie chodzę ze
względów szczupłości, niestety wyłącznie portfela, więc takie trochę
pyrrusowe zwycięstwo.
Dalej:
Okulista zakazuje dźwigać, schylać się, wysilać, ćwiczyć w ogóle, przynajmniej przez miesiąc, do następnego spotkania. Przez miesiąc to mój kręgosłup może się zamienić w grzechoczący worek niespodzianek. No, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...
Dalej:
Okulista zakazuje dźwigać, schylać się, wysilać, ćwiczyć w ogóle, przynajmniej przez miesiąc, do następnego spotkania. Przez miesiąc to mój kręgosłup może się zamienić w grzechoczący worek niespodzianek. No, ale czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal...
Kiedyś miałam zapalenie pęcherza moczowego. Ponoć, bo badania tego nie wykazały. Kichnęłam tak mocno, że coś mi pękło i w moczu miałam krew. Potem faktycznie mnie wszystko bolało jak przy zapaleniu pęcherza, panie znają tę przyjemność , jakby drut kolczasty pchali bez znieczulenia. Przez kilka tygodni pchali we mnie antybiotyki, a na końcu stwierdzili, że to ból psychogenny i pęcherz przeszedł w fazę nadreaktywności. Dostałam od urologa magiczny lek w cenie 80zł, który daje mi oto w darze, na próbę, gdyż dostał w ramach współpracy z przemysłem farmaceutycznym.
Przestudiowałam ulotkę, a muszę Wam powiedzieć, że nic nie dziąła na mnie tak ozdrowieńczo jak czytanie ulotek. Mój pęcherz nadreaktywny to był pluszowy miś w porównaniu ze skutkami ubocznymi tego leku. Pokazałam go kardiologowi (arytmia i nadciśnienie), a ten pokręcił głową, złożył usteczka w O i zajęczał: uuuu jak my, kardiolodzy boimy się takich leków! No a ja?! Ja tym bardziej! Więc nie zażyłam ze strachu, że zejdę z tego świata. A jaka byłam skołowana!
Przestudiowałam ulotkę, a muszę Wam powiedzieć, że nic nie dziąła na mnie tak ozdrowieńczo jak czytanie ulotek. Mój pęcherz nadreaktywny to był pluszowy miś w porównaniu ze skutkami ubocznymi tego leku. Pokazałam go kardiologowi (arytmia i nadciśnienie), a ten pokręcił głową, złożył usteczka w O i zajęczał: uuuu jak my, kardiolodzy boimy się takich leków! No a ja?! Ja tym bardziej! Więc nie zażyłam ze strachu, że zejdę z tego świata. A jaka byłam skołowana!
Ale
wszyscy razem zgadzają się co do jednego - nie wolno się denerwować, spinać, stresować. Takie stany emocjonalne nie dość, że szkodzą oczom, to powodują skrócenie
mięśni, przez co siły przenoszą się na wszelkie stawy, poza tym
nierozciągnięty i niewyluzowany mięsień przy gwałtownym ruchu potrafi
sobie zerwać torebkę, a nawet ścięgno, czego nie lubimy (zwłaszcza jak
zerwie się torebka z pełnym portfelem i komórką w luksiurnej obudowie). Żyje ktoś bez stresów? To poproszę namiary, odwiedzę i wypijemy meliskę pro forma. Ja w
takim właśnie stanie żyję permanentnie od 15 miesięcy. Żyję w okopach i
patrzę z której strony tym razem mi się dostanie. Tym razem dostało mi
się odłamkowym po oczach.
Tak więc kardiolog, urolog, okulista, fizjoterapeuta, wykluczają wzajemnie teorie i zalecenia interlokutorów, więc ja jako pacjent, ale pacjent w miarę wyedukowany, pozwolę sobie obrać ścieżkę wydającą mi się najwłaściwszą wśród takiego gąszczu wiedzy, nakazów i zakazow. Ścieżka ta nazywa się Zdrowy Rozsądek.
![]() |
Cristina Troufa |
Takie krzyżujące się teorie lekarzy są najbardziej bolesne w trakcie zaostrzeń bólowych. Jeden lekarz od razu każe ćwiczyć, inny zakazuje ćwiczeń, dopóki nie minie stan zapalny. Lekarze zalecają jedne zabiegi, fizjo odradzają. Jedni masaż, inni o-jezu-tylko-nie-masaż. Takie wykluczające się opinie wpływają destrukcyjnie na poczucie pewności, stabilności emocjonalnej i zdrowia psychicznego pacjenta, który nie dość, że jest zrozpaczony swoją sytuacją, wielką niewiadomą, kiedy wstanie na nogi, uzależnieniem od innych i dysonansem pomiędzy tą przymusową zależnością od osób trzecich, a tym, co one mówią. Do zwariowania jeden krok, przerabiałam :)
I, co najważniejsze, czego Wam i sobie życzę: